Opowiadania

POLOWANIE WE FRANCJI

 

„To przed czym się cofamy stanowi istotę naszej wolności”

 

Kilka dni temu wróciłem z Francji, gdzie byłem dzięki uprzejmości Tomka Karwata, którego poznałem na zlocie u Edka Hałdysza w Lipowej. Wraz z żoną spędziliśmy bardzo inspirujący i miły tydzień w towarzystwie Tomka i jego rodziców. Sam wyjazd na początku był mi nie na rękę z wielu powodów: termin, praca, przemęczenie, finanse, inne obowiązki.

 

Jednak moja wrodzona upartość, która często bywa moim sojusznikiem sprawiła, że mimo wszystko znalazłem się w Malves-en-Minervois na południu Francji obok Cyarcassone niedaleko od Barcelony. Trzeba było przemierzyć ok. 2200 km. W momencie wyjazdu miałem poczucie winy i lekki niesmak. Zadawałem sobie różne pytania- czy warto?, czy powinienem?, czy nie przesadzam?, czy to czasem nie pycha?, czy zawsze muszę mieć to, co chcę?

 

Jednak po powrocie jestem bardzo zadowolony i przeświadczony, że to, co cenne, musi być często wydarte życiu na siłę. Jeżeli jestem „źle nastawiony” do czegoś, a pomimo to robię daną rzecz, to nagroda jest zazwyczaj duża. Z drugiej strony jeśli nie wkładam wysiłku w to, co robię, to to, co otrzymuję, jest bezwartościowe. Cieszę się, że tam byłem, bo nabrałem nowych doświadczeń w pracy z psami i przemyślałem wiele rzeczy dochodząc do różnych ciekawych dla mnie wniosków.

 

         Miejscowość Malves-en-Minervois to jedna z wielu urokliwych i romantycznych mieścinek w Langwedocji. W centrum znajduje się średniowieczny zameczek, obok jest mały ratusz z zegarem wybijającym godzinę. Uliczki są małe i wąskie. W ścisłym centrum miasta jest sklepik, duży park ogrodzony murem, gdzie bez smyczy wyprowadzaliśmy nasze psy. Jest też mały hotelik, przetwórnia wina i bar, który prowadzi żona Thierriego ( Francuza, który jest kolegą Tomka i do którego przyjechaliśmy). Całe miasteczko leży na wzgórzu, jest otoczone winnicami i zielenią.

 

Filigranowa kamieniczka, w której mieszkaliśmy również była w centrum zaraz obok zamku. Atmosfera bardzo sielankowa, na około mili ludzie, brak Arabów i Czarnych, których jednak sporo widywaliśmy, w chociażby Cyarcassone. Warunki mieszkaniowe były bardzo dobre, a cena za lokum- jak na Francję, korzystna. Pokoiki wyposażone w dobrej jakości antyczne meble, dobrze wyposażona kuchnia, ładna łazienka. Przed kamieniczką mały ganek, gdzie siedzieliśmy, rozmawialiśmy i mówiliśmy Bonjour przechodniom

 

         Pierwszy dzień pobytu spędziliśmy na spacerach wokół Malves. Na takim spacerze pies Tomka- Luki wpadł dosłownie na dzika w gęstych zaroślach i porządnie dostał. Było szycie, dziura jaką miał kończyła się blisko serca, tym samym pies do końca wyjazdu był wyłączony z polowań. Tomek opowiadał, że to był moment. Luki wbiegł w krzaki, zaszczekał i zaskowyczał- było tak gęsto, że nie zdążył się obrócić. To była niezbyt miła inauguracja naszych polowań. Z psów pozostał Ronco, Dino i Kantek. Tego samego dnia po południu zwiedzaliśmy Cyarcassone z jego średniowieczną zabudową wpisaną na listę Unesco. Langewdocja- region, w którym znajduje się Cyarcassone, jest znany historii z powodu stłumienia przez inkwizycję herezji Katarów i przywrócenia tych terenów na łono Kościoła.

 

Zbigniew Herbert oraz niektórzy historycy uważali, że gdyby nie wojny z Albigensami to renesans zamiast we Włoszech mógłby narodzić się właśnie w Langwedocji. W czasie naszego pobytu udało nam się zwiedzić jedynie skrawek tego, co można było tam zobaczyć. Wszędzie zabieraliśmy ze sobą psy i choć bywałem już z nimi w wielu miejscach ( np. na targu huculskim w Kosowie, gdzie wszyscy chcieli je kupić) to nie wyobrażałem sobie, że tak bezproblemowo można zwiedzać z nimi Zachód. Wszędzie były mile widziane, wszędzie z resztą widzieliśmy bardzo dużo ludzi z psami. Nasze gończe robiły furorę, wiele osób pytało co to za psy. 

Po pierwszych dniach aklimatyzacji przyszedł czas na polowanie. Polowaliśmy niedaleko Malves. Thierry, kiedy zobaczył moje psy zapytał tylko, czy długo i mocno głoszą. Powiedziałem, że tak mi się wydaje. Nie spodziewałem się takiego pytania. Zbiórka była o 8.00 rano w domku myśliwskim Klubu Łowieckiego, do którego należał Thierry.

 

Po poczęstunku- sucha kiełbasa, ser i wino rozpoczęliśmy polowanie. Teren był zróżnicowany, sąsiadował z Parkiem Narodowym- winnice, pagórki, kolczaste skupiska krzaków i drzew, wszędzie bardzo sucho, ostra wegetacja, skałki i słony wiatr od morza. Wokół unosiły się niesamowite i egzotyczne zapachy: tymianek, cykoria, lawenda. Wśród drzew figowce i cyprysy, wszędzie ziemia o konsystencji żółtego, suchego pyłu. Momentami bardzo gorąco. Moje psy nigdy czegoś podobnego nie widziały. W polowaniu brało udział kilka osób oraz sporo psów. Obok naszych gończe gaskońskie, kopovy i różne dziwne mieszanki. Francuzi mają dużo psów, papiery są niekonieczne, wygląd również, liczy się przede wszystkim skuteczność. Myśliwi mieli już swoje lata, podobno jest to jeden z problemów francuskiego łowiectwa- polowania nie są w modzie…

 

Podczas sezonu, który zaczyna się po winnych żniwach widuje się dużo pickupów z klatkami na psy. Nawet bardzo młode psy są zabierane na polowania, żeby się uczyły. Na początku przeszliśmy z psami na otokach- tak zaczynają się tamtejsze łowy. Później puszcza się psy. Teren był rozległy. Mój Dino jak zwykle wyrwał jak strzała- precyzyjnie i do celu. Kanto za nim. Za moment słyszeliśmy głoszenie. Tego dnia nic nie upolowano. Psy pracowały parę godzin w ciężkich warunkach, był też problem z wodą. Mój pies pracował daleko ode mnie- 500, 700 i więcej metrów. W Polsce to wada, lecz tam zaleta. 

Po polowaniu Thierry, który ma młodego GP powiedział, że mam wspaniałe psy. Okazało się, że w tak innych od naszych warunkach GP dały sobie doskonale radę. Dino głosił sarnę i zające. Tamtego dnia przypomniała mi się mała ilość zwierząt na Ukrainie. Zresztą podobieństw było więcej.

Brak czegoś takiego jak nagonka (w naszym rozumieniu) czy miot. Myśliwi obstawiają duży teren- górę lub dolinę. Do środka wchodzą tylko psy i właściciele z bronią. Właściwie nie ma naganiaczy- pracują psy gończe długo i do skutku. Poluje się pod psa. To pies nadaje rytm polowaniu, to pies często musi decydować, musi być wytrzymały, głośny i odważny. Ta muzyka to coś wspaniałego. To ona właśnie zainspirowała mnie kiedyś do polowań. Ona była dla mnie swoistym misterium, obudziła we mnie geny przodków i pozwoliła mi jeszcze bardziej otworzyć się na tradycję. Wszystko dzięki temu, że puszczałem psa luzem w lesie. Ten dzień, pamięć o tym, co mówił mi Edek oraz bieżące rozmowy z Tomkiem, który ma dużą wiedzę, uzmysłowiły mi, że to, co przeżywałem na Ukrainie, a teraz we Francji to są prawdziwe polowania z psami gończymi w takiej formie, w jakiej istniały zawsze. 

Z Tomkiem rozmawialiśmy już wcześniej w Lipowej i już tam okazało się, że pewne kwestie widzimy i rozumiemy podobnie. 

Następnego dnia pojechaliśmy na zagrodę dziczą. Zagroda miała 20 h i bardzo zróżnicowane warunki- las, łąki i skupiska krzaków. Podobno była to jedna z mniejszych zagród we Francji. Kiedy przed wejściem zapytałem, jakie są zasady powiedziano mi, że jedyna zasada to nie zabijać dzika.

 

Dzików było 5. Puściłem Dina i jak zwykle, za chwilę słyszałem jego basowe szczekanie. Reszta psów dołączyła, słychać było ujadanie.

 

Za dwie może trzy minuty Dino głosił drugiego dzika w drugiej części zagrody. Część psów znów dołączyła. Wspaniale jest oglądać współprace kilku psów. W zagrodzie byliśmy może trzy godziny. Miałem wrażenie, że psy „dogadują się ze sobą”, a w ich pracy zespołowej jest głęboki sens.  Dino okazał się psem, który penetruje teren i pierwszy odnajduje zwierzynę. Cieszyło mnie to, że przełamał się w stosunku do dzików, bo w zeszłym sezonie miał z tym problemy. Jak był bardzo młody to dostał i miał uraz. Teraz widzę, że to było potrzebne, bo dzięki temu jest ostrożny i ma szanse dłużej pożyć. Wiele wysiłków w jego przełamanie włożyłem ja. Często wyjeżdżałem na zagrody, czasami daleko, brał też udział w konkursach.

 

Dziś wiem, że mój pies nie ma już żadnych problemów z dzikami, ale wymagało to też wysiłku z mojej strony. W zagrodzie zaskoczył mnie mój młodszy pies Kanto, spisywał się świetnie i utwierdził mnie w przekonaniu, że będzie równie dobrym psem jak Dino. Jego dyplom pierwszego stopnia w konkursie dzikarzy w parach wydawał mi się do tej pory mocno naciągnięty. Teraz wiem, że Kanto ma dużą pasję i potrafi pracować na dziku długo i odważnie.

 

Po wyjściu z zagrody pojechaliśmy poszukać właściciela- rolnika mieszkającego niedaleko, żeby mu zapłacić- koszt to 15 euro od osoby plus 2 euro za każdego psa. Pieniądze idą na utrzymanie zagrody. Nie rozumiem, dlaczego w Polsce nie ma tego typu zagród. 

Dzień czwarty- polowanie na dzika, który pokiereszował Lukiego. Polowanie było nieplanowane. Wypuściliśmy luźno psy- około 5 sztuk w lasach otaczających Malvęs, ponieważ Michelle (kolega Thierrego) - Hiszpan miał pozwolenie na odstrzał gołębi… Miałem okazje bliżej zapoznać się z południowo-francuską przyrodą i znów obserwować wspaniałą pracę gończych. Biegnący pies gończy przypomina mi ogiera w galopie- to dla mnie piękno w czystej postaci. W Polsce lubię obserwować lekkość i grację ruchów Dina, kiedy biegnie równo z autem. Kantek nie ma już tego wdzięku.

 

 

         W piątek mieliśmy okazje odwiedzić miejsca objawień Matki Bożej w Lourdes i podziękować za wszystko osobiście. Nie tylko za wyjazd do Francji, ale za całe życie pełne radości, znoju i czasem cierpienia. Tego typu pielgrzymki i chwile są, jak zwykle, dla mnie i dla mojej żony bardzo ważne. Wracając z Lourdes zwiedziliśmy zamek, w którym mieszkał hrabia Gaston III Phoebus de Foix- autor słynnej księgi polowań „Livre de hasse” z 1380 r. Jest to średniowieczny traktat łowiecki, który m.in. zawiera informacje dotyczące psów myśliwskich (hodowla, układanie, leczenie itd.).

        Polowanie sobotnie- Montaigne Noire- Czarne Góry na przedgórzu pirenejskim. Zbiórka o 6.00 rano. Mieliśmy ponad 100 km drogi, więc pobudka o 4 rano. Pojechaliśmy na zaproszenie Alberta Coradazzi ( oczywiście myśliwego, który ma gończe polskie m.in. Bacę z Beskidzkiego Matecznika ).

Dzień rozpoczął się tradycyjnie w sposób opisywany już przez wyżej wymienioną księgę polowań.

Wraz w Valentinem- synem Alberta, poszliśmy na obchód terenu z dwoma psami na otokach. Sprawdzaliśmy czy jest zwierzyna i gdzie. Podobno ten stary zwyczaj zachował się jeszcze w południowej Francji.

Po powrocie z rekonesansu ( psy nic nie zwietrzyły) rozpoczęło się właściwe polowanie. Około dwudziestu myśliwych obstawiło dookoła wielką dolinę porośniętą karłowatym lasem przypominającym nasze tarniny. Teren był strasznie ciężki, roślinność gęsta, tylko gdzieniegdzie można było normalnie chodzić. Albert powiedział, żebym założył psom dzwonki, to u nich reguła. Pożyczyłem dzwonki i zawiesiłem na szyjach psów. Moje psy nie znają dzwonków i zaczęły zachowywać się jak zaczarowane.

 

Dino skrzywił dziwnie pysk, a Kantek się zgarbił. Za żadne skarby nie chciały odejść na krok. Sytuacja była nieciekawa. Tomek skwitował to słowami:

 

Ale obciach. W tym czasie inne psy przeczesywały już dolinę. Powiedziałem Albertowi, że jeśli nie zdejmę im tych dzwonków, to nie odejdą. Albert powiedział, że to jest bardzo niebezpieczne i że mogę, ale tylko na swoją własną odpowiedzialność. Teren jest tak gęsty, że jeśli coś się rusza w krzakach to strzela się na oślep. Broń mają krótką, lekką i bez optyki, często w kompozytowych osadach. Zdecydowałem, że puszczam psy. Odczarowałem je najpierw, ściągając dzwonki. Poszły szybko i pewnie znikając w głuszy. Tego dnia dużo się nie nachodziłem. Pierwszą część czasu byłem obserwatorem, a raczej słuchaczem spektaklu, który się rozgrywał. Moje psy zaczęły głosić. Co chwilę słyszałem kanonady strzałów, ujadanie psów, przedziwne granie francuskich gończych przypominające coś pomiędzy obdzieraniem ze skóry, a metalicznym i długim wyciem wilka. Do takiego „grania ogarów” muszę się jeszcze przyzwyczaić, ale na pewno ma ono coś w sobie. To doświadczenie mogę porównać do jedzenia pierwszy raz w życiu langusty, to był dla mnie bardzo egzotyczny smak, nieporównywalny z niczym innym. Jedząc jedynie, przeczuwałem tylko, że to może być naprawdę dobre. Każdy strzał poprzedzony głoszeniem moich psów powodował, że spoglądałem na Garmina- czy moje psy jeszcze się przemieszczają. Dino tego dnia zrobił ponad 60 km. Gdy przechodziliśmy gdzie indziej, a raczej przedzieraliśmy się Albert parę razy się przewrócił. Czasem, żeby iść do przodu napieraliśmy plecami na ścianę zielska. Tak trudnego terenu jeszcze nie widziałem, może jedynie na Ukrainie wysoko w górach w śniegu po pas. Strzały i odgłosy psów przeplatały się z przekleństwami Francuzów, szczególnie Alberta, który wydawał komendy i polecenia. Kiedy teren był bardzo, bardzo trudny krzyczał: Dajcie beagle! Echo dodatkowo zwielokrotniło ten zgiełk. W pewnym momencie Valentin ustrzelił dzika przytrzymanego przez Dina i Kantka- byłem z nich dumny. Po raz drugi psy pokazały co potrafią, a ja uzyskałem znowu „pozytywne recenzje”. O godzinie 14.00 przyszedł czas na przerwę po jednym, długim, parogodzinnym miocie. Pojechaliśmy na obiad przyrządzony przez żonę Alberta w jego domku myśliwskim na odludziu. Albert miał mnóstwo psów, sam nie wiem ile. Opowiadał, że jak poluje na miejscu to otwiera tylko klatki oraz kojce i wypuszcza psy- wtedy polowanie jest rozpoczęte.

 

Pokazywał nam wydeptaną ziemię przez dziki ok. 100 metrów od domu. Drewniany słup energetyczny był tak wytarty, że sprawiał wrażenie, że za chwilę runie. Obok były wkopane w ziemię wanny z wodą dla dzików. Na obiad na przystawkę były oliwki, pomidory z jajkiem w sosie winnym, główne danie to kurczak w pomidorach z ryżem. Na deser sery, potem ciasta i bardzo mocna kawa. Do wszystkiego oczywiście wino nalewane z bukłaka do szklanek.

 

Jadł z nami też pewien Korsykanin ze swoim Cane Corsino- korsykańskim psem na dziki. Nie prawdą jest, że francuskie psy są miękkie i mało wytrzymałe. Wysiłek, jakie nasze GP musiały włożyć w to polowanie sprawił, że zastanawiałem się czy nie odpuszczą, jednak dały radę. Albert był zachwycony i powiedział, że jego GP będą jeszcze lepsze od naszych, bo są wychowywane od małego na jego terenie- miał racje. Po obiedzie pojechaliśmy znowu w góry. Tym razem obstawiana była jedna z gór- bez efektu. Potem znowu przeczesywaliśmy jakąś lokalną dżunglę, gdzie zażartowałem, że to jest chyba preludium do polowania w Amazonii.

 

Do domu wróciliśmy późno pokonując 100 km serpentyn. Na odchodne podarowano nam dwadzieścia butelek i dwa bukłaki wina.

 

My z kolei daliśmy im dobrą polską wódkę. Samopoczucie nam dopisywało, pomimo zmęczenia. Tego dnia na pokocie były 4 dziki i sarna. Poszliśmy spać, rano czekał nas powrót do Polski. Na pożegnaniu z Thierrym, powiedziałem, że żałuję, że nie mówię w jego języku. Powiedziałem też, że dotychczas Francuzi kojarzyli mi się z mięczakami i wymoczkami. Jednak ten wyjazd przekonał mnie, że jest inaczej. Thierry śmiał się i powiedział, że Ci z miasta może tak, ale oni są ze wsi i są twardzi- coś w tym było. Przypomniało mi się jak na początku mojego pobytu opowiadał, że chciałby żyć w górach bez prądu. Albert i Thierry byli podobni, Albert był nawet gruboskórny. Myślę, że właśnie wśród myśliwych zdarza się wiele normalnych ludzi niezależnie od kraju. Łowiectwo to jeden z bastionów tradycji tej przez duże ‘ T ’, dlatego skupia wartościowych ludzi.

 

Wśród francuskich myśliwych nie widziałem kobiet, co bardzo mi się podobało. Kobiety ze swej strony zbyt bardzo łagodzą obyczaje wśród mężczyzn. Jednocześnie wykonując męskie zadania tracą swoją niepowtarzalność i kobiecość. Wszyscy na tym tracą, mężczyźni i kobiety. Brak kobiet był również jednym z powodów, że polowanie to przeżyłem, jak prawdziwą męską przygodę w męskim gronie. Wydaje mi się, że wraz z Tomkiem udało nam się przyczynić trochę do promocji naszych psów we Francji. Gończe polskie pozostawiły na pewno po sobie dobre wrażenie. 

 

W przyszłym roku chciałbym również tam pojechać. Wiem, że Tomek chce zorganizować większą grupę osób, które będą chętne. Warunki zakwaterowania mają być jeszcze lepsze. Do dyspozycji będzie stylowy dworek z dużym ogrodem, który miałem okazje oglądać. Gdyby więcej osób chciało jechać, to można by wynająć busa i udać się zbiorowo na miejsce. Szlak jest przetarty i naprawdę warto.

 

         Moje przemyślenia na dziś są wynikiem nie tylko udanego pobytu we Francji, ale całego okresu (zaledwie dwuletniego) od kiedy zajmuje się psami. Jeżeli chodzi o moje psy to dziś wiem, że Dino pracuje bardzo dobrze, głosi sarnę, lisa, dzika, zająca, bo to leży w jego naturze gończego. Jego zadanie to znalezienie zwierzyny. Jeśli nie ma jej blisko, to daleko, im dalej, tym jest skuteczniejszy i jej głoszenie- donośnie i długo. Jego szybkość i dalekie przeloty to zaleta nie wada. Wadą jest to w naszych krótkich miotach. Gończy Polski w naszych polskich realiach staje się psem na dziki, a nie psem gończym, czyli takim, jak jego sama nazwa wskazuje. To bardzo dobrze, że umie wypychać też dziki, ale nie może to być jego jedynym zadaniem. Już dziś niektóre GP mają problem z głoszeniem. Niedługo będą już być może tylko szczekały.  Prawdą jest, że w jakiś sposób gwałcimy naturę tego wspaniałego psa. W przyszłości być może dojdzie do tego, że chcąc mieć dobrego psa o cechach gończego będziemy wyjeżdżali po niego do Francji lub Niemiec. Bardzo dobrą inicjatywą są próby gończych na zającach w Niemczech. Psy muszą tam głosić minimum pięć minut na ciepłym tropie. Wybieram się tam z Dinem. Głoszenie psa to również jego ubezpieczenie w łowisku. Kiedy go słychać, to jest bezpieczny. Jak wspomniałem, mnie do polowań zainspirowała muzyka, którą słyszałem, gdy puszczałem psa do lasu. Jeśli chodzi o Kantka, to jeszcze przed wyjazdem, zupełnie inaczej o nim myślałem. Był dla mnie „znakiem zapytania w cieniu Dina”. Wydawało mi się, że jest trochę ciapowaty i mało odważny, być może dlatego, że brak mi doświadczenia.

 

Pies ma jeden rok i polowania, które opisywałem były jego pierwszymi. Stał się zupełnie inny, to była dla niego swoista inicjacja. Nabrał odwagi i świetnie pracował na dzikach. Jestem z niego bardzo zadowolony. Kanto jest z hodowli Granie w Kniei. Zaraz po powrocie zadzwoniłem do Marty Jaworskiej, żeby się trochę zrehabilitować. Dotychczas w rozmowach z Martą nie chwaliłem Kantka. Dziś bardzo się cieszę, że kupiłem takiego, a nie innego psa, bo to był bardzo dobry wybór ( jedynie i czysto intuicyjnie...).

 

         Z niecierpliwością czekam na sezon w Polsce. Zobaczę jak moje psy będą spisywały się w naszych realiach. Jeśli Dino będzie chodził daleko poza mioty, to być może rozdzielę psy. Starszy będzie polował za granicą jako gończy, a z Kantka zrobię dzikarza. To dal mnie duży dylemat, bo szkoda mi psa. Najlepiej by było, gdybym mógł polować z nimi i u nas, i za granicą . Zdaję sobie sprawę, że niektóre sprawy w Polsce ciężko przeforsować.

 

Cały czas jestem świadomy i zdziwiony tym, w jaki sposób „beton komunistyczny” sparaliżował i nadal paraliżuje życie w naszym kraju . Widzę to i odczuwam na przykładzie zwykłych psów, a to jedynie wierzchołek góry lodowej. Bardzo żałuję też, że Dino ma wrodzoną wadę nerek i nie będzie reproduktorem, chciałbym mieć szczeniaki po nim. W Polsce oprócz„betonu komunistycznego” jesteśmy poddani wszelkiego typu tzw. naciskom światopoglądowym. Jest to nic innego, jak niemniej groźna, inna mutacja tego samego betonu. Wszelkiej maści obrońcy praw człowieka i zwierząt posługujący się zamiast rozumu infantylną emocjonalnością atakują nie tylko łowiectwo, ale cały ład, który składa się na całą naszą cywilizacje. Uważam, że z tymi ludźmi nie powinno się rozmawiać. Dialog, w który próbują nas wciągnąć jest niemożliwy, bo oni operują zupełnie innym aparatem pojęciowym. Wszelkie dyskusje, toczą się na ich warunkach, dlatego nie warto rozmawiać. Należy bronić się poprzez atak. Uważam, że SMGP powinno przyjąć jakąś sensowną strategię wobec tego typu nacisków. Jeśli chcemy promować naszego psa, to powinniśmy zadbać o jego przyszłość w tym względzie. Musimy zadbać o środowisko, w którym się rozwija. Taka dyskusja ( wypracowująca strategię) jest niezbędna. Jak mogłoby wyglądać takie wyjście przed szereg? Można by zacząć np. od przywrócenia konkursów pracy psów gończych, środowisko łowieckie mogłoby ubiegać się o przywrócenie polowań z chartami. Na pewno jest wiele pomysłów, które można by realizować, ale należy w to wierzyć i mieć odwagę do działania.

 

Bo tylko tego typu działanie, może pomieszać szyki wroga.

 

Jeśli nic nie zrobimy i będziemy bierni, albo uwierzymy w siłę logiki, argumentacji,  jeżeli będziemy „bezproduktywnie dialogowali” to przegramy i już wkrótce możliwości polowań z psami będą jeszcze bardziej ograniczone, a na zagrody dzicze będziemy wyjeżdżali za granicę. Taka strategia jest moim zdaniem niezbędna i jeśli komuś moje spostrzeżenia wydają się zbyt mocne i nierealne to bardzo się cieszę. Należy poruszać wszelkie tematy, które leżą nam na sercu i nigdy nie stawać się niewolnikiem źle rozumianej poprawności.

 

Zawsze podkreślam fakt, że Gończy Polski jest częścią naszej tradycji narodowej i częścią naszego dziedzictwa.

 

Piotr Jelonkiewicz

 


Nieplanowane polowanie w Bukownie

       

            Koło Łowieckie Gwardia Będzin, zbiórka 9.00 rano. To jest Koło, w którym jestem na stażu, dlatego pomimo próśb z innych miejsc dzisiaj podkładam u siebie. Polowanie ma być niedaleko od mojego domu i gdyby nie zbiórka 2 kilometry ode mnie, to mógłbym iść piechotą do lasu. Na miejscu okazuje się, że nie ma nikogo- jest za 10. Zastanawiam się czy nie pomyliłem dnia ani godziny. Po chwili pojawia się siedmiu myśliwych. Prowadzący mówi, że w związku z tym będzie polowanie… na bażanty. Nie jestem zadowolony z obrotu spraw. Łowczy wzrusza ramionami, mój sąsiad zza płotu również. Kiedy patrzę na niego pytająco, mówi, że on przecież jest. No tak, ja też jestem. Od razu przypomina mi się moja niedawna rozmowa z Markiem, powiedział, że pomimo tego, że chciałby polować z psem, czasem staje na linii, bo trzeba zachowywać się po koleżeńsku i solidarnie. Właściwą postawę Marka odbieram jako „heroiczne poświęcenie”, bo ilekroć podkładam swoje psy, zawsze mówię, że ja za żadne skarby nie zamieniłbym się z nikim z myśliwych. Dociera do mnie świadomość, że stracę chyba dzień polowania. Dobrze wiem, że jestem maniakiem…

 

Nagle przypomina mi się, że wczoraj dzwonił do mnie Mirek z Jaworzna. Powiedział, że wie o moim polowaniu w Będzinie i że jesteśmy umówieni za tydzień, jednak jakby coś się zmieniło, to żebym miał ich na uwadze. Chwila decyzji. Szybko żegnam się ze wszystkimi, wskakuję do auta, jest 9.20. Jadąc w stronę Jaworzna dzwonię do Mirka i mówię, że będę najszybciej jak się da. O 10.00 dojeżdżam do Bukowna. Mirek prowadzi mnie do miejsca polowania. Wstrzymali drugie pędzenie, żebym zdążył dojechać. Wyskakuje z auta, zabieram psy i ruszam do miotu. Teren jest bagnisty, to nowość dla moich psów, bo zazwyczaj polujemy w górach. Myśliwi ostrzegają o bagnie naprzeciwko, które trzeba będzie obejść dookoła. Obok mnie idzie młody chłopak z naganki- Tomek. Po chwili psy zaczynają głosić i odchodzą na jakieś 600, 700 metrów. Myśliwi opowiedzieli później, że to była wataha dzików, jednak wyszły bokiem poza miot. Teren jest typowo postindustrialny i ma swój urok. Przemysłowy las, torowiska, kanały, w oddali odgłosy pociągów, a obok piaskownia.    Dobrze znam takie tereny, są charakterystyczne dla Zagłębia. Są zimne i bezduszne, lecz pomimo to mają w sobie jakieś dziwne piękno. To piękno nie wynika z mojego sentymentu, ale raczej jest „pięknem z obrazów futurystów” . Jest taki widok, który uwielbiam i który mnie urzeka. W okolicach Okradzionowa- Koksownia Przyjaźń z ziejącym płomieniem i dziwnymi odgłosami wyłania się z lasów, które kiedyś były częścią nieistniejącej Puszczy Łosieńskiej. Surrealistyczny księżycowy krajobraz. Niedaleko plątanina torowisk i wszędzie ślady bytowania dzików. Z Okradzionowa przez Sławków czy Kazimierz (magiczną dzielnicę Sosnowca) można dostać się do Jaworzna czy Bukowna.  To wszystko są podobne tereny o podobnym klimacie.

 

            Po chwili wraca tylko Dino. Martwię się o Kantka, wokół nie jest bezpiecznie dla psa,  a on jest młody. Za moment Dino głosi basem. Wołam do Tomka, że przed nami jest dzik. Tomek zdziwiony pyta, skąd ja to wiem. Korzystając z okazji opowiadam mu o psach gończych i o polowaniu z nimi. Idziemy w kierunku psa, decyduję, że wchodzimy na bagno. Skaczemy od drzewa do drzewa, bo tylko tam jest sucho. Kanto dołącza do Dina. Dzik musi być duży, bo ani drgnie. Jesteśmy przemoczeni, cały czas zbliżamy się do psów. Pchają go powoli w kierunku linii. W domu mam ocieplane wodery do spinningowania, to byłby idealny strój na ten teren. W pewnym momencie psy się rozdzielają. Okazuje się, że to były dwa dziki i tuż przed linią wracają do miotu. Psy gonią w bagnie na całego. Patrzę na GPS. Wiem, że z tyłu są myśliwi. Oczekujemy na strzały w napięciu-… nic. Dzwoni Mirek i mówi, że nas widzi, ale nie dojdziemy do linii, która jest czymś w rodzaju grobli. Jeszcze długo przedzieramy się przez mokradło w kierunku lasu. Podpieram się swoją rohatyną, gdzieniegdzie woda jest powyżej kolan. Jestem zachwycony i zmęczony. Paradoksalnie od kilku polowań mam też wodę w kolanie i muszę uważać jak stawiać stopy. W końcu udaje nam się dojść do myśliwych i mogę się wreszcie z nimi przywitać. Rozstawiamy się do następnego miotu. Tym razem teren jest suchy. Ubogi las, kępy młodników i torowiska. Przechodzimy całość bez efektu. Dino wyhaczył sarnę i ją pogonił. Kiedyś mnie to martwiło, jednak teraz wiem, że Dino goni wszystko, co się rusza w lesie i jest w tym naprawdę dobry. Pies w miarę upływu czasu i nabierania doświadczenia, sam dostosowuje się do sytuacji i wie, czego się od niego wymaga. Kiedy wrócił zobaczyłem, że ewidentnie kuleje. Przyszła pora na przerwę, po której zostały jeszcze dwa mioty. Rozpalono ognisko, była kiełbasa, pyszny gulasz, fajna atmosfera. Przypomniały mi się Kresy i nieliczne polowania w kraju, gdzie jest czas na odpoczynek, dobre jedzenie i czas, w którym ludzie mogą pobyć ze sobą. Tego typu polowania nazywam „cywilizowanymi”. Po przerwie, Dino przepędził łosia i jelenie. Na pokocie jednak nic nie było. Cóż, zdarza się, nigdy nie czuję żalu z tego tytułu. Najbardziej cenię sobie polowania na terenach, gdzie jest mało zwierzyny. Nie sztuka polować tam, gdzie jest jej dużo. Najmilej wspominam mordercze polowanie na zająca w Czarnohorze, gdzie śnieg sięgał pasa.   

 

Pożegnaliśmy się w miłej atmosferze umawiając się na przyszły tydzień. Pierwszy raz byłem u Mirka i dlatego nie chciałem żadnej gratyfikacji ( taką mam zasadę), ale musiałem się poddać, nawet argument, że jestem maniakiem do nich nie dotarł.   

                  

            Wnioski z dnia oraz to, czego się nauczyłem:

 

- Polowanie z psami jest dla mnie czymś wspaniałym, muszę uważać, żeby nie przepaść jak swojego czasu św. Hubert- on przepadł, ale otrzymał łaskę. Mam poczucie winy, że poluję w niedzielę, myślę że Pan Bóg mi wybaczy (choć czasem nie zdążę na Mszę Świętą).   

     

- Poprzez polowanie z gończymi jestem podłączony do Tradycji- która w ten sposób staje się dla mnie żywa, a ja staje się jej częścią.

 

- Cieszę się, że spędziłem parę chwil z młodym chłopakiem i mogłem mu przekazać trochę wiedzy oraz praktyki. Młodzież dzisiaj, szczególnie chłopcy, mają bardzo mało okazji, aby stawać się mężczyznami.

 

- Dino jest wspaniałym psem, o wielkiej pasji. Nie odpoczywa i jest zaprogramowany do polowania, robi to nawet wtedy, gdy boli go łapa- chyba jest również maniakiem- dlatego jesteśmy podobni.

 

- Kanto w dwóch ostatnich miotach odpuszczał, po ostatnim przesileniu, chyba czuje, że nie da rady dorównać Dinowi.

 

- Mogłem tego dnia wrócić do domu, ale „chciało mi się” jechać do Bukowna. Dobrze zrobiłem, bo to był bardzo owocny dzień.

 

- Zgłosiłem dzisiaj swoje psy do rywalizacji o Przechodni Puchar Prezesa, to dobra inicjatywa, bo pokazuje aktywność naszych psów. GP to odpowiedzialność- skoro mam takiego, a nie innego psa, to muszę zapewnić mu to, że będę użytkował go zgodnie z jego przeznaczeniem. Nie chodzi tylko o mojego psa, chodzi o całą rasę.

 

- I najważniejsze- zacząłem zwracać się do św. Huberta. Mało modlę się do świętych, ale jak niedawno ktoś słusznie stwierdził, że nie modląc się do świętych pozbawiamy się ich wstawiennictwa. Ktoś inny znów powiedział, że w modlitwę nie wierzą jedynie ci, którzy tak naprawdę nigdy jej nie spróbowali. Ja spróbowałem i wiem, że to działa.

 

  

Darz bór,

Piotr Jelonkiewicz 

 


Napisało życie...

 

      Nie wierzą w fatum, przeznaczenie, karmę czy inne horoskopy. Wierzę natomiast, że nasi przodkowie patrzą na nas z góry i w dyskretny sposób kontrolują nasze życie  nieznacznie wpływając na jego przebieg. Być może grzeszę teraz pychą ale ufam, że nad moim żywotem, niemal od początku pochylony jest św. Hubert - patron myśliwych i nieoficjalny patron psów gończych. Psów, dzięki którym na swojej drodze spotkał mitycznego jelenia.

 

Zresztą nie tylko ja jestem jego pomazańcem, jest nas większa grupa. Grupa, do której św. Hubert z góry puszcza „oczko” mając nadzieję, że to właśnie my odwzajemnimy naszym pięknym czworonogom ich przywiązanie i miłość oraz zapewnimy odpowiednie warunki życia. Ochronimy je od zniknięcia z naszych lasów. To właśnie ten święty mąż uczy nas pokory i szacunku wobec otaczającej przyrody, uświadamia czym jest przyjaźń, szacunek dla starszych oraz „braci mniejszych”.

 

Przy nim poznajemy czym jest odpowiedzialność za to co jest od nas słabsze i od nas zależne. Uczy, że być myśliwym to być przede wszystkim odpowiedzialnym człowiekiem. Takiej właśnie odpowiedzialności ustami i postawą mojego nieżyjącego ojca uczył mnie nasz patron. Ojciec mój (myśliwy od zarania wieków) nie miał nigdy ręki do psów. Czuł jednak ich nieodzowność w łowisku. Dlatego jak tylko sięgnę pamięcią od zawsze były w naszym domu. Mój tato nie miał sprecyzowanych upodobań jeśli chodzi o rasę. Przez dom i podwórze przewinął się Ben – posokowiec hanowerski, Ata – wyżeł szorstkowłosy, Tina – szalona foksterierka, Dan – niemiecki terier myśliwski. Był również piękny i dostojny Echo zwany przez ojca Panem Psem. Echo to był prawdziwy psi arystokrata i geniusz. On wiedział kiedy aportować kaczkę, kiedy dochodzić postrzałka, kiedy oszczekać dziki a kiedy pogonić cygankę, która zakradła się do piwnicy. Niestety padł ofiarą miejscowego Szwejka. Został skradziony. Co prawda po jakimś czasie jego nabywca będąc uczciwym człowiekiem po tatuażu odnalazł prawowitego właściciela. Jednak tato będąc wówczas schorowanym człowiekiem i mając świadomość, że ja nie mam warunków do jego trzymania, oddał za darmo komplet „papierów” Pana Psa ufając, że tak będzie dla niego najlepiej. Nadszedł w końcu czas mojej samodzielnej polowaczki. Jako myśliwy nigdy nie miałem dylematu czy pies jest dodatkiem do polowań czy polowanie jest dodatkiem do psa. Dla mnie polowanie bez psa jest jak biała kiełbasa bez chrzanu. Sam chrzan bez kiełbasy jest też niewiele wart. Dom nasz, pisze w liczbie mnogiej bo w tak zwanym międzyczasie ożeniłem się z Beatą, która od kilku lat jest Dianą, zasiedliła Sonia foksterierka. Wspaniała suczka użytkowa chociaż bez rodowodu. Dała się poznać jako doskonały i mądry dzikarz oraz tropowiec. Jej do pomocy dokupiłem dwa inne foksiki  z doskonałej łódzkiej hodowli. Jednak nie odegrały one w moim życiu tak wielkiej roli jak ich skromna „nie papierowa” poprzedniczka. Z Sonią wiąże się zabawna anegdota. Pewnego razu na trzy dni przed polowaniem zbiorowym dzwoni do mnie kolega z koła:

 

- Cześć Paweł

- No, cześć

- Słuchaj w sobotę polujemy na Drzewianowie?

- Nooo…polujemy, …a co?

- Sonia będzie?

- Będzie

- No, to jak Sonia będzie to ja też jadę. Cześć.

 

Jak widać dla niektórych towarzystwo dobrego psa na polowaniu było istotniejsze niż moje.

 

Ja jednak to rozumiem i całkowicie rozgrzeszam. Paradoksem w tej całej sytuacji było to,że przedwczesna śmierć Soni (zatrucie) otworzyła mi możliwość zrealizowania marzeń jakimi było kupienie gończego polskiego.

 

Jest rok 1978. Mały chłopiec w blond lokach z wypiekami na twarzy zaczytuje się w przygodach swojego rówieśnika, który w Bieszczadach razem ze starym leśnikiem i jego ogarem zgłębia tajniki prastarej puszczy. Och… jakby było fajnie tak jak ów leśnik jeździć konno po lesie i polować. Rok później chłopiec jest z rodzicami i rodzeństwem na wczasach   w Polańczyku. Jedną z atrakcji jest pogadanka z miejscowym partyzantem. Partyzant w barwny sposób opowiada o swoich przygodach. Chłopiec z uwagą wsłuchuje się w słowa starszego pana tym bardziej, że jako syn i bratanek partyzantów z 27 Wołyńskiej Dywizji Armii Krajowej wie co nieco o wojnie. Uwagę jego przykuwa pies spokojnie warujący u nóg prelegenta. Pies jakoś dziwnie kojarzy się z tym, o którym czytał w książce.

 

Część corocznych wakacji chłopiec spędza u znajomych rodziców we wsi Dziechowo. Tam dzielnie pomaga w pracy przy koniach oraz podczas żniw. Jednak największe jego zainteresowanie wzbudza czarny, podpalany pies myśliwski leśniczego. Pies jak twierdził leśniczy został przywieziony z gór i był nie tylko doskonałym tropowcem lecz także radził sobie z wiejskimi burkami nawet większymi od siebie.

 

Jest druga połowa lat 90-tych. Już nie chłopiec a dorosły mężczyzna, myśliwy wczytuje  się co miesiąc w lekturę obowiązkową jaką jest Łowiec Polski. Intrygują go pojawiające się sporadycznie artykuły i fotografie Waldemara Feculaka. Przepiękne zdjęcia wspaniałych psów, które pieszczą oko i budzą nadzieję, że kiedyś jeden taki będzie jego. W następnych latach ukazują się coraz częściej wzmianki w czasopiśmie Psy Myśliwskie. Przekonanie  o wyjątkowych walorach użytkowych tej pięknej polskiej rasy rośnie. Chociaż na podwórku królują foksy to myśl już nie o ogarach lecz gończych polskich staje się coraz bardziej natrętna a decyzja o nabyciu oczywista. Pozostało już tylko obejrzeć je w realu. Nie ma chyba lepszego miejsca by to zrobić jak wystawa. W tym celu odwiedza z synem Walentynkową wystawę psów w Bydgoszczy. Tam też poznaje Małgorzatę hodowcę i Dianę, która w rzeczowy i konkretny sposób opowiada o swoim psie i całej rasie. Tak się złożyło, że jeden z kolegów z sąsiedniego koła nabył przepięknego gończego Ignaca z hodowli pana Feculaka. Jego piękny donośny gon zabrzmiał w krajeńskich lasach a wraz z pięknym tubalnym głosem rozchodziła się sława nieustępliwego dzikarza. Wkrótce do Jgnaca dołączyła Gwarna ze znanej beskidzkiej hodowli. Granie tych psów to po prostu poemat. Suka ta dodatkowo charakteryzuje się tym, że respektuje sarny, co nie zdarza się często. Zwłaszcza u psów pracujących w złai.

 

Jak łatwo się domyśleć ów chłopiec i mężczyzna to po prosu ja. Wszystko ułożyło mi się w logiczną całość po przeczytaniu książki: „Pułkownik z dna jeziora”. Książka Wandy Żółkiewskiej, partyzant, leśniczy, Łowiec Polski, wystawy stworzyły układankę,  której ostatnim elementem jest Aqua z Dworu Grodno. Jednak nie tak od razu Aqua zwana Małą trafiła na nasze podwórko. Co prawda dwa tygodnie po śmierci Soni zaklepałem   już szczeniaka u kolegi Andrzeja i teoretycznie zostało mi tylko poczekać około miesiąca, aż podrośnie, jednak był jeden zasadniczy problem do rozwiązania…moja kochana żona. Tak sobie myślę w tym miejscu, że nie tylko ja spotykam się z tak zdefiniowanym problemem i nie tylko w tej sprawie. Ile te nasze połowy potrafią storpedować pięknych, szalonych pomysłów (za co im w duchu później dziękujemy) wiedzą tylko żonaci ale tego wątku nie będę ciągnął, bo jest to temat na „opasłą” rozprawę filozoficzną.

 

Tak jak wspomniałem pozostało mi przekonać Beatę, ba ale jak to zrobić? Wszelkie wzmianki o trzecim psie kwitowała: „no przecież mamy już dwa, wystarczy”. Teoretycznie miała rację ale hodowla psów wbrew pozorom ma mało wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. To po prostu taka inna miłość bez podłoża erotycznego i ekonomicznego. A zegar tyka, czas odbioru szczeniaka jest tuż, tuż. Kiedy już wszystkie argumenty zawiodły pomyślałem postawię wszystko na jedną kartę. Albo się zakocha w szczeniaku albo odkocha we mnie i będę spał  z psem na tarasie. Jadę i niech się dzieje wola nieba. Ale od czego jest Patron? Mój mnie   nie opuścił. Dzień przed wyjazdem po szczenię zgłosiło się do mnie dwóch kolegów żebym i dla nich wybrał psiaki. Jeden dodatkowo prosił aby jego szczenię przetrzymać przez dwa tygodnie, aż przygotuje swoją żonę i wybuduje psu jakiś kąt. Od razu się zgodziłem bo zaświtała mi w głowie szatańska myśl rodem z filmów Hitchcocka. Powrót z trzema szczeniakami spowoduje takie napięcie u mojej ślubnej, że ostatecznie pozostanie przy jednej sztuce uzna za błogosławieństwo Boże.   Pojechaliśmy. Aby złagodzić napięcie rodzinne nasz Święty zesłał mi do domu gości. Myślę, jest dobrze. Droga powrotna zleciała jakby z bicza strzelił. Serce miałem w gardle. Po wypuszczeniu trzech łobuziaków z samochodu goście wpadli w zachwyt nad rozkosznymi niedorajdami. Żona natomiast zaniemówiła i jeszcze szerzej otworzyła swoje piękne i tak duże oczy. Po pierwszej euforii nasi przyjaciele dyskretnie zaczęli wymieniać znaczące spojrzenia i majstrować palcami w okolicy czoła. Ale nie oni teraz byli problemem. Nadszedł czas łagodzenia sytuacji i żony. Po moim oświadczeniu, że jeden maluch zaraz wyjeżdża ze swoim nowym panem, jakby lekko odetchnęła. A gdy uświadomiłem, że ten drugi należy do naszego Łowczego już byłem prawie pewny,  że nie zadzwoni po karetkę do wariatkowa. Następne dwa tygodnie to był bardzo miły czas. Siadaliśmy wspólnie na tarasie i obserwowaliśmy bawiące się maluchy. Długo nie trwało  i całkowicie zawróciły w głowie też i mojej Pani. Gdy nadszedł czas rozłąki Małej (Aqua) i Grubego (Agnac), to właśnie nikt inny tylko ona przekonywała mnie, że powinniśmy zostawić obydwa. A gdy na wystawach, na które jeździliśmy wspólnie zaczęła mnie strofować, że ubiór nie taki albo, że źle psa prowadziłem na ringówce było już tyko kwestią czasu, kiedy wspólnie zdecydowaliśmy o założeniu własnej hodowli.

 

Wystawy w życiu menera i jego podopiecznego to nie wszystko. Przyszedł czas na edukację. Nasz pupil od samego początku przejawiał talenty łowieckie co dla myśliwego jest wielką radością. Jednak moje umiejętności i wiedza były zbyt skromne aby przygotować psa nie tylko do polowań ale także do konkursów. Najlepszą sposobnością ku temu były odbywające się  w Jaśkowie warsztaty tropowców. Warsztaty okazały się pod każdym względem strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Codzienna praca na ścieżkach w zagrodzie dziczej oraz teoria skropione „wodą rozmowną” przybliżyły nas do sukcesu jakim było uczestnictwo i ukończenie konkursu tropowców. Co prawda 62 pkt nie powalają na kolana jednak tytuł najlepszego przewodnika psa tropowca oraz fakt, że kilka godzin wcześniej przechadzały się po ścieżkach wilki całkowicie zmienia podejście do takiego wyniku. Wartością dodaną wyjazdu na Mazury okazały się zawarte tam znajomości z ludźmi o potężnej wiedzy i zamiłowaniu do ogarów i gończych polskich. Część z nich to sympatyczne oryginały, z którymi zresztą najszybciej nawiązałem nić przyjaźni. Mój największy szacunek wzbudzili psiarze, którzy hodując psy myśliwskie sami nie polowali. Będąc jednak świadomymi i odpowiedzialnymi hodowcami nie tylko dbali o cechy łowieckie podopiecznych lecz w licznych dyskusjach wyrażali niepokój  o przyszłość tych pięknych polskich ras. Jak się później okazało spora część poznanych tam ludzi w czynny sposób promuje i dba o tą część spuścizny jaką zostawili nam nasi ojcowie.  W tym miejscu koleżanki i koledzy chylę przed wami czoła i Darz Bór.

 

Nadszedł czas na pracę w łowisku. Na początku sprawdzaliśmy się z Małą na prostych dziczych postrzałkach. Jednak życie nie pisze tylko prostych scenariuszy i bardzo bezwzględnie weryfikuje słabeuszy. Wkrótce zaczęła się praca bez wybrzydzania na polowaniach komercyjnych. Oj, nie raz kończyliśmy pracę późnym wieczorem z wywieszonymi jęzorami. Koledzy w swojej nadgorliwości wzywali nas do miejsc gdzie po prostu przebiegały dziki i ktoś do nich wystrzelił. Bez wskazywania ścinki czy farby, ot tak na wszelki wypadek. Zdarzało się, że takie wyprawy były tylko potwierdzeniem przysłowiowego pudła. Ale zdarzało się również, że po stu lub więcej metrach pojawiała się farba i nasz wydawałoby się niezbyt sensowny przyjazd okazywał się ze wszech miar wskazany i często uwieńczony sukcesem.  Bywało, że wracaliśmy z tarczą a czasem i na tarczy. Jednak każdy wyjazd czynił nas mądrzejszymi w swoim fachu. Polując indywidualnie zabieram psa prawie na każde polowanie. Lubię jechać autem przez las i co jakiś czas słyszeć mruczenie wywołane niezadowoleniem  z techniki mojej jazdy. Posłusznie wtedy zwalniam i omijam wszelkie dziury. Miło jest   w mroźną noc wracać do samochodu i siadać na ciepły nagrzany fotel (Mała zawsze jak mnie nie ma śpi na moim miejscu). Co prawda chwilę zawsze trwa dyskusja i ustalanie kto dzisiaj „prowadzi”, bo mój pupil nie chce rezygnować z wygodnego, ciepłego legowiska. Zawsze jednak jakoś dochodzimy do konsensusu. Nawet kiedy żona nie jedzie ze mną to w lesie nie jestem sam. Polując z ambon psa zostawiam w samochodzie. Wiem wówczas, że nikt mi do auta nie wejdzie. Fajnie jest po celnym strzale przejść się do samochodu po śpiącego czworonoga, który natychmiast się budzi i szczęśliwy podąża we wskazanym kierunku. Uważam, że jest to bardzo bezpieczny sposób podejmowania pozyskanej zwierzyny. Nie raz przecież na pozór martwy zwierz uchodził lub atakował. Suki mają pewne fizjologiczne przypadłości powodujące okresową niemożność pracy i to często wtedy jesteśmy kolegom najbardziej potrzebni. Ponieważ nie wszyscy myśliwi posiadają psy a niektórzy ludzie  nie powinni się nawet nimi zajmować, chcąc żyć zgodnie z obowiązującą etyką postanowiliśmy nabyć drugiego gończego Manasa zwanego Bejem. Rodzice Beja to typowe zwierzęta użytkowe. Pochodzą z linii psów pracujących, rok rocznie biorą czynny udział w polowaniach gdzie sprawdzają się jako dzikarze i tropowce. Nie obce są im także konkursy, na których czołówki lokat są ich częstym udziałem. Czy Bej będzie dobrym psem użytkowym czy dorówna koleżance? Czas pokaże. Ma łowiecką pasję. Uczy się szybko ale ma twardy, zdecydowany charakter i wymaga dużo pracy. Być może te dwa psiaki będą początkiem nowej hodowli,   która na wiele lat zagości na Krajnie i spowoduje, że polscy myśliwi zaczną doceniać naszą rodzimą rasę psów tak jak to zrobili już Niemcy, Francuzi czy Szwedzi.

 

            Dalej wierzę w to, że Święty Hubert czuwa nade mną. Gdyby tak nie było czy na mojej drodze spotkałbym tak wyjątkowych ludzi jak płk Pawłusiewicz, Małgorzata, Rafał, Darek, Kasia, Donat, Marek i przesympatyczny Janusz? Pewnie nie.

 

Być może ktoś się będzie zżymał mówiąc, że to mocno naciągana historia. Ja jednak mogę zaświadczyć, że tą historię napisało życie, moje życie. Są wśród nas poszczególne postaci tego opowiadania i mogą potwierdzić prawdziwość tego co zostało tu napisane. Ja natomiast mam satysfakcję, że w pewnej skromnej części byłem naocznym świadkiem tworzącej się rasy i historii Gończego Polskiego.

Dziękuję Ci Święty Hubercie.

 

 Paweł Toczko

 

 


Wspólne polowanie

 

Moje pierwsze polowanie z psem.

Idąc przez jesienny las przepełniony niemal wszystkimi kolorami-żółcieni, brązów, beży, zieleni, które zdobiły liście o różnych kształtach – zastanawiałem się jak to się stało, że jestem tu z moim gończym polskim ze sztucerem na ramieniu i lornetką na szyi. Jeszcze cztery lata wcześniej nie miałem z myślistwem nic wspólnego. Nigdy nie postrzegałem łowiectwa jako czegoś negatywnego. Zawsze lubiłem kontakt z przyrodą-górskie wycieczki, rodzinne wypady do lasu na grzyby. Ale polowania?

 

Wypuściłem psa mając nadzieję, że spotkamy dziki. W tej partii lasu powinny być. Mój czekoladowy gończy wyrwał do przodu. To dzięki niemu jestem myśliwym. Najpierw były pierwsze wystawy, praca na farbie, udane konkursy, no i pierwsze polowanie zbiorowe, na którym podkładałem Rezona. To wydarzenie zapadło mi w pamięci-już wiedziałem jak wygląda środowisko naturalne gończego polskiego, z jaką pasją pracuje w łowisku.  Z tych rozmyślań wybija mnie granie Rezona. Z daleka dochodzi do mnie mocne, dźwięczne głoszenie, które wkrótce niknie gdzieś w koronach drzew. Zatrzymuję się i nadsłuchuję. Wokół mnie cisza. Rozglądam się po otaczającym terenie. Przede mną wysoki las, po prawej uprawa leśna a na niej, w odległości 100 metrów niewielka remiza z rachitycznymi drzewkami.  Od lewej nadbiega Rezon. Idziemy wzdłuż linii lasu i uprawy. Pies przede mną omiata teren. Nagle zatrzymuje się przed niewielką remizą i stoi. Sięgam po lornetkę. Niczego między drzewkami nie widzę. Ruszam dalej, ale pies stoi. Zachęcam go do ruchu, on stoi i widać jak pracuje górnym wiatrem. Jak wyżeł. Jestem pewny, że nic tam nie ma. Nagle z pomiędzy drzewek-krzaków rusza na mojego gończego locha. Jak torpeda, której już nic nie zatrzyma. Pies zaczyna głosić, ale dzik rozpędza się i nie ma zamiaru się zatrzymać. Kiedy jest już 10 metrów przed psem widzę, że Rezon traci rezon i zaczyna uciekać. Locha rozpędza się zaczyna doganiać psa. Biegną po wykrotach uprawy w jakimś szaleńczym tempie. Nagle locha odpuszcza i kieruje się do swej kryjówki w remizie, do wielkiego dołu-barłogu, którego nie było widać przez lornetkę. Widzę, że Rezon zawraca i zajadle głosząc zaczyna gonić zdezorientowaną lochę. Role się odwracają. Nagle z remizy wyskakuje cała wataha dzików i formuje „pociąg”  i za swoją rodzicielką uchodzą w kierunku gęstego lasu. I to był najlepszy moment na oddanie strzału. Dziki są 50 metrów ode mnie.  Niestety, niedoświadczony nemrod jakim byłem, nie zdążył nawet ściągnąć broni z ramienia. Stałem osłupiały. Kiedy już byłem gotowy do strzału, w lunecie niczym w kalejdoskopie widziałem  jak ostatnie wagony tego dziczego pociągu znikały  między gęstymi krzakami.  Wydawało mi się, że ostatni przelatek przyjacielsko „zamerdał” chwostem w moim kierunku.

 

Opisana sytuacja działa się szybciej niż drogi Czytelnik przeczytał opis mego spotkania z dzikami. Właściwie było po polowaniu. Rezon wrócił po 10 minutach i można było wracać do samochodu. Zwierzyna powinna być ruszona w tym i w kolejnym oddziale. Św. Hubert nie mógł przecież dać mi kolejnej tak dobrej okazji. I nie dał, ale to co miałem okazję później zobaczyć zasługuje na opisanie.

 

Po spotkaniu z dzikami postanowiłem jednak przejść na koniec drugiego oddziału-teren ten obejmował babrzyska oraz niewielki potok.  Teren trudny, ale obiecujący. Jeżeli jeszcze mogły być dziki, to tylko tam. Marzenia. Mój gończak kolejny raz wysforował się do przodu. Nauczony doświadczeniem bardziej uważnie posuwałem się naprzód, raz po raz obserwowałem teren przez lornetkę, nasłuchiwaniem czy pies gra. Długo było spokojnie. W pewnym momencie, gdzieś hen daleko usłyszałem zdecydowane, miarowe granie Rezona. Zatrzymałem się aby określić kierunek i czy pies przesuwa się za zwierzyną. Ku mojemu zdziwieniu pies stanowił z miejsca. Powoli podążałem w kierunku psa. Stanowienie było miarowe jak wybijany rytm marszu, coraz głośniejsze, ale grane ciasno jakby détaché . Czyżby odyniec?  Ściągam sztucer i powoli zbliżam się do źródła dźwięku. Już widzę zjeżonego, na lekko ugiętych łapach Rezona, ale jeszcze nie widzę tego dzika. I nagle ku memu zdziwieniu widzę pięknego czternastaka. Byk jelenia stoi ale raz po raz opuszcza łeb jakby chciał poczęstować się soczystą trawą. Potężnym wieńcem  atakuje mojego psa. Rezon odskakuje. Byk nie odpuszcza. Ja stoję oniemiały i zahipnotyzowany tym widokiem. Już drugi raz w tym dniu. Nie mam uprawnień selekcjonera i mogę się tylko z ukrycia przyglądać się temu teatrowi dwóch aktorów dla jednego widza. Czuję się wyróżniony. Dekoracje najwyższej jakości, świetne oświetlenie i akustyka.

 

Z pysków tych dwóch aktorów bucha para i nieco zasłania mi widok. Scena pojedynku. Potężny, mocny byk kontra gończy polski. Żaden nie odchodzi do narożnika, choć na punkty wygrywa ten z wyższej wagi, powoli spychając krzykacza. Raz po razie zawodnik cięższej wagi opuszcza łeb i próbuje na wieniec założyć mojego gończego niczym wieniec laurowy.  Pies odskakuje. Taki swoisty jive-kroki w tył, kroki wprzód. Nie ma nokautu. Stan względnej równowagi. Widok niezapomniany. Żałowałem, że nie mam aparatu, ale kto bierze aparat na polowanie z psem. W końcu spektakl zostaje przerwany-nie przez oklaski tylko przez gałązkę, która łamie się pod moim butem. Zawodnik wagi ciężkiej spogląda po widowni i dostrzega mnie. Niezwłocznie dezerteruje. Rezon za nim w gon. Zastanawiam się - w ciągu półtorej godziny miałem okazję uczestniczyć w dwóch leśnych widowiskach. Pierwszym kilkudziesięciosekundowym, drugim kilkuminutowym. Obie etiudy miały pierwszorzędnego reżysera.

            *

          *                       *

 

Ostatnie, tegoroczne polowanie z moim psem. Najkrótsze. Mija już ponad 3 lata mojej przygody z łowiectwem. To nie wiele dla człowieka, ale dla psa to sporo. Poluję w moim macierzystym Kole „Młody Leśnik” w Brynku. Rezon zostaje wpuszczony do gęstego młodnika, a ja ustawiam się w jego narożniku w terenie już odsłoniętym, dającym szansę na dalszy strzał. Od razu słyszę głoszenie psa. Co rusz gdzieś wyskakuje sarna, łania, ale są zbyt daleko, by użyć sztucera. Nagle zauważam na leśnej uprawie przelatka, który uchodzi od strony młodnika w kierunku wysokiego lasu, wyprzedzając spotkanie z psem. Rezona  nadal słyszę  z tyłu w zagajniku. Podnoszę broń, mierzę. W lunecie widzę piękny okaz dzika o czarnej sukni, wysokim garbie za głową, z długim chybem niczym indiański pióropusz doświadczonego wojownika.  Mocny przelatek.  Strzelam. Widzę, że dzik zaznacza strzał, ale dalej uchodzi chcąc dotrzeć do najbliższego brzegu wysokiego lasu. Chcę przeładować broń, ale mam jakiś problem. Wychodząca łuska zablokowała komorę nabojową i nie mogę oddać kolejnego strzału. Kątem oka widzę, że czarny jest już prawie u celu. A ja tu próbuję wyciągnąć łuskę. Jeszcze nigdy nie miałem takiej sytuacji. W końcu udaje mi się uporać z bronią i oddaję kolejny strzał. Pudłuję. Przeładowuję i … trafiam. Ale widzę, że dzik przechodzi dukt leśny i znika w kniei. Przywołuję Rezona i idziemy na drogę, którędy uchodził dzik. Jest farba. Pies podejmuje trop i za chwilę głosi dzika. Rezon oszczekuje martwą zwierzynę (nie jest naturszczykiem-musiałem go tego nauczyć) ale teraz jestem pewny, że dzik jeszcze żyje. Granie jest mocne, szybkie i niemiarowe. Kiedy dochodzę do psa, dzik siedzi na zadzie. Jest ranny. Rezon nie pozwala mu się ruszyć. Kiedy go odwołuję, odchodzi, ale  głowę ma stale zwróconą w kierunku dzika, jakby chciał być przygotowany na ewentualny jego atak. Te kilka lat dają doświadczenie zarówno myśliwemu (choć jeszcze dużo przede mną) jak i  psu. Dziękuję  Rezonie za wspólne polowania.

 

Polowanie z psem nie jest tym samym, co polowanie bez psa. Zarówno na polowaniach zbiorowych jak i indywidualnych. Dzięki naszym psom możemy zobaczyć więcej. Dzięki nim jesteśmy skuteczniejsi, choć nie zawsze Św.Hubert musi darzyć. Przecież nie na tym łowiectwo polega. Mamy kontakt z ojczystą przyrodą- nieco inną w różnych zakątkach naszego kraju. Mamy okazję iść  przez jesienny las przepełniony niemal wszystkimi kolorami-żółcieni, brązów, beży… To wszystko nam gończarzom daje nasza rodzima rasa-gończy polski.

 

Marek Kałka

 

 


Polowanie Sylwestrowe

 

Mamy 31 grudnia, budzik w komórce dzwoni o 5:30. Słyszę z korytarza uderzanie psiego ogona o ścianę. W każdy inny zimowy poranek można nad legowiskiem chodzić, hałasować, zapalać światło - pies nawet powieki nie uchyli. Dziś jest inaczej. Kurtka, plecak, kalosze - wszystko już stoi od wczoraj uszykowane. On wie, że ten budzik dzwoni dla nas, a nie tylko dla mnie. Wstaje się ciężko, ale chętniej niż do pracy. Ubieram wysłużone bundeswehry 'pachnące' całym lasem. Z łóżka słyszę tylko zaspany głos żony:

 

- Całą noc lał deszcz, że też Wam się chce... pamiętaj daj znać po polowaniu jak psiaki i uważaj na Alfa...

 

Tak jak bym miał na to wpływ co zrobi pies, co zrobi dzik, czy czasem jakiś fuzyjkarz nie odpali do psa. Robimy co możemy, żeby było bezpiecznie. Zawsze te same słowa, zawsze te same myśli. Momentalnie stają mi przed oczami psy które już polują ze Św. Hubertem.

 

Dlaczego to robimy?... wytłumaczenia logicznego nie ma. Wielu puka się w głowę, ale my jesteśmy już od tego uzależnieni i nikt z nas tego sobie nawet nie próbuje tłumaczyć.

 

Uwielbiamy to robić. Co roku wybija magiczna data: 1 październik i 'pomarańczowy cyrk' zaczyna roadshow, a po 15 stycznia detoks i wpada się w lekką depresję. Tak już co roku jest i tyle...

 

Żonie odpowiadam tylko, że to polowanie sylwestrowe i że kończy się szybko, bo o 12 w południe, że jeszcze zdążę wrócić, przygotować się i zdrzemnąć przed imprezą sylwestrową na którą wybieramy się do znajomych.

 

Przecież bez wcześniejszej drzemki na imprezie będzie trudno wytrzymać do rana po dniu w lesie i mając za sobą cały tydzień w pracy.
Zapinam pasek, dopinam kordelas. Gdyby ten nóż potrafił mówić... tyle już widział. Napisał by cały tom opowieści. Szybkie ale solidne śniadanie zaliczone, mocna kawa, bierzemy co trzeba, reszta jest na stałe w aucie i wychodzimy po cichu z domu, żeby nikogo nie obudzić. Alf nawet nie sika po drodze do samochodu, już chce być w środku i już jechać. On dokładnie wie gdzie i po co jedziemy.
Musimy przejechać niestety przez Poznań, żeby dotrzeć do łowiska. Przeciskamy się przez miasto, ludzie spieszą do pracy. Jest luźniej na drogach niż w inne dni, ale i tak widać i czuć ten pośpiech miasta.
Od razu przypominają mi się słowa mojego kolegi. Kiedyś  wracaliśmy w trójkę jednym autem z polowania w niedziele. My przemoczeni, zmęczeni, ubłoceni, psy tak samo. Wszystko w aucie parowało, ale wszyscy pozytywnie zmęczeni. Każdy jeszcze rozpracowywał w głowie jak pracowały poszczególne psy. Przejeżdżaliśmy obok galerii handlowej, a tam tłumy ludzi, którzy w niedziele robią sobie wycieczki na zakupy. Kolega tylko westchnął i powiedział: żal mi tych ludzi, oni nawet dzika na żywo nie widzieli, nie wiedzą jak wygląda rykowisko, tylko szukają promocji... to prawda.
Na szczęście miasto już zostaje w tyle i z daleka widzę las w którym będziemy dziś podkładać psy. Skręcam z głównej drogi, mijam kilka domków i już jadę przez las szutrówą.
Dojeżdżam na plac w lesie. Cały czas jest jeszcze ciemno. Śniegu nie ma, jest morko. Jakoś tak ostatnio jest, że śnieg zaczyna padać zawsze dopiero po sezonie, a tak lubimy polowania po białej stopie.
Na placu już pali się ognisko. Jesteśmy w środku lasu, a jednoczenie kilka kilometrów od centrum miasta, ale to już zupełnie inny świat, inny wymiar. Zjeżdżają się powoli samochody.

 

Zapinam Alfowi obroże do polowania z numerem telefonu. Wtedy to nam wystarczało, teraz nawigacje, dzwoniki, kamizelki –człowiek całe życie się uczy. Ubieram kalosze, sprawdzam naładowanie telefonu. Część myśliwych już stoi i czeka na zbiórkę, reszta dojeżdża. Nagle patrzę, jadą 3 bardzo dobrze mi znane auta w konwoju. Jedzie moja ekipa z psami. Najlepsza i sprawdzona kompanija. Wysiadają po kolei: Rafał, Sylwek z Moniką, Darek, Patryk, Witek z synem. Znajomi wychodzą z aut, każdy z bananem na twarzy, witamy się. Sylwek nagle wyjmuje szampana i kubeczki - patrzymy zdziwieni. No tak! przecież dziś Sylwester - Sylwek ma imieniny!

 

Składamy życzenia, ktoś rzuca tekst: szampan z rana jak śmietana... i zbieramy się na zbiórkę, bo już trąbią 'zbiórkę'. Psom udziela się atmosfera, charakterystycznie ziewają, machają ogonami, poszczekują, przeciągają się.

 

I jak tu im odmówić tej przyjemności, po to zostały wyhodowane. Mają to w genach od pokoleń.. My chyba też.. Żal tylko tych, które muszą się zadowolić spacerem w parku, czy miejskim lasku i wracać na ogródek albo do domu.
Zbiórka przebiega  sprawnie i konkretnie, wszystko omówione. Dla nas najważniejsze, że są przedstawione zasady bezpieczeństwa polowania z psami.
Dziś podkładamy na 2 grupy myśliwych. Witek zabezpiecza jedną grupę myśliwych ze swoimi psami, my drugą. Obydwie grupy polują w różnych częściach łowiska. Tylko pierwszy miot robimy razem, tzw. pełną siłą. Pierwszy miot choć jak zawsze obiecujący okazał się średni, raptem jeden dzik strzelony, psy trochę pograły, ale jak to się mówi: bez szału. Mam w pamięci ten miot na ostatnim polowaniu zeszłego sezonu - oj działo się, dzików w bród. W tym roku słabo, raptem 2-3 dziki widziane.
Zbieramy pieski, po pierwszym miocie to zawsze trwa najdłużej. Wsiadamy każdy do swojej bonanzy i rozdzielamy się z Witkiem.
Kolejne mioty mijają szybko, zwierzyny jest sporo. Widzimy głównie dziki,  rzadziej jelenie. Psy słychać, ale ich nie widać - to najważniejsze. Robią dobrą robotę. Jedynie szkoda, że tyle kul mija się z dzikami. No ale pokot jest już całkiem, całkiem. W bonanzie częstym tematem rozmów są wyniki polowania drugiej grupy. Mamy przecieki, ale one nigdy nie są wiarygodne, bo jedni drugim chcą pozytywnie podnieść ciśnienie.
Rozstawiamy się do ostatniego miotu. Ja wchodzę z Alfem od prawej flanki w tzw. rękawy, czyli pomiędzy grodzenia. Reszta idzie na zatrop. Sygnał, ruszamy. Alf wypala do przodu, ja idę w wysokich trawach po pas. Gdzieś daleko słyszę granie psów, nagle z grodzenia wyskakuje młody byk i sadzi w moja stronę. Biegnę do przodu, żeby byk mógł swobodnie uciec. Pomiędzy grodzeniami jest wąsko, więc mogłoby to się różnie skończyć. Byk wpada w sąsiednie grodzenie, uderza w nie z całym impetem i widzę jak łamie lewą tykę. Myślę: znów te cholerne grodzenia. Cofam się i szukam 'zrzutu', ale porzucam moje poszukiwania, bo słyszę nieopodal głoszącego Alfa. Biegnę do przodu, nagle czuję specyficzny odwiatr. Dziki. Stoję w wysokich trawach, a dookoła mnie wataha, po bokach grodzenia - nie ma gdzie uciekać, dzików nie widać, ale słychać i czuć. Wydarłem się eeejooop! Dziki ruszyły, za nimi już gonią 2 psy. Dziki uciekają w las do miotu. Psy prowadzą je na drugą flankę, dołączają się kolejne psy. Biegnę do przodu, żeby wyrównać do linii naganki, bo trochę zostałem w tyle. Psy poszły daleko, słychać strzały. Ciekawe ile z tych dzików leży. Nie mamy psów, ale idziemy wolno. Spotykam Rafała.
Przed nami widzimy wąski młodniczek. Daję znać Rafałowi: w to musimy wejść. Obydwoje wiemy, że dziki w takich miejscach powinny być, a my nie omijamy 'pewniaków'. Między nami na pełnej szybkości przelatuje Berdysz i wpada w młodnik. Za nim zaraz Alf. Ze środka rozlega się pojedyncze, znane nam bardzo dobrze, lekko chrypliwe głoszenie. Berdych ma dzika - to pewne. Nagle w ułamku sekundy słyszymy w młodniku Alfa. Słyszymy to dobrze znane nam głoszenie, lekko ochrypłe jakby suche Berdysza i basowe donośne Alfa. Już rozpracowują dzika. Słyszymy, że dzik się broni, a oni we dwójkę pozwalają sobie na coraz więcej. Zbiega się reszta złaji: Drop,Dik, Abek i mamy już pełen koncert. Widzimy dzika. Nie jest mały, 60 parę kilo. Najgorsza waga dzika dla psów,  taki dzik potrafi najbardziej pociąć psy. Jest szybki i zwinny, a przy tym już silny, orężny i odważny. Typowy leśny krawiec. Każda sekunda to coraz odważniejsza walka psów i dzika. Walczą o najwyższą stawkę. Co rusz, któryś podcina pęciny, dzik się obraca, odwija i próbuje zadać cios, żeby wyeliminować natrętnego przeciwnika. Krzyczę do Rafała, że nie ma żartów i że nie ma co czekać aż go psy zmęczą. Rafał ładuje CZtkę, patrzy na mnie i widzę, że on wie, że nie będzie łatwo. Dużo psów, dzik mobilny. Nie wiemy gdzie jest linia. Trzeba zachować zimną krew. On o tym wie, ale i tak musiałem się odezwać: uważaj na psy.
Nie ma jak strzelić, taniec psów z dzikiem staje się coraz bardziej zacięty i niebezpieczny. Żadna strona nie odpuszcza. Kocioł przelatuje przez linię. Na szczęście nikt nie próbował nawet odpalić. Wybiegamy z miotu. Przed nami szeroki rów z wodą. Myśliwy mówi, że psy cały czas walczyły z dzikiem, ale dzik jest silny. Nie udało im się go zatrzymać w wodzie.
Nagle niczym Janosik przeskakuje między nami Patryk na drugą stronę rowu. Biorę rozbieg i robię to samo. Międzyczasie Rafał rozładowuje broń i rzuca ją przez rów Patrykowi, potem naboje. Biegniemy z Patrykiem do przodu. Czardasz psio-dziczy trwa w najlepsze. Widać że psy pozwalają sobie na coraz więcej, ale nie potrafią przytrzymać dzika, jest cholernie silny. Dobiega Rafał z Sylwkiem.

 

Rafał bierze swoją broń i przymierza, ciężko jest zdecydować się na strzał, żeby być pewnym. Dzik odwija się tabakierą jak kozak szablą, psy odskakują na parę metrów, ale w moment są na dziku. Bach! dzik dostaje w przedni bieg. Jeszcze bardziej rozwścieczony atakuje psy. Kolejna odwijka, kolejny atak. Psy na dzika, dzik się odwija. Bach! kolejny strzał. Teraz na mocno kulawy sztych po łopatce. Inaczej nie było jak.
Dzik odbiega kilka metrów i walczy dalej. Psy pozwalają sobie na coraz więcej i już go ładnie trzymają, ale nadal nimi rzuca jak na rodeo. Patryk biegnie do dzika, żeby zakończyć tą walkę.
Stawia nogę na dziku, żeby go przytrzymać. Kurczę, tak się robi z małym dzikiem, ale duży... nawet nie dokończyłem w ułamku sekundy myśli, kiedy ten wylądował na plecach z nogami w górze. Koniec! żarty już się skończyły. Przeskakuję nad Patrykiem, zahaczając się jeszcze lekko o niego. Wpadam na dzika od tyłu i kończę...

 

Wszystko dookoła paruje. Dzik oddaje ducha, pisze testament. Adrenalina opada, oddech się normuje.. stoimy w pięciu nad dzikiem...

 

Psy już nie szczekają, szarpią za skórę powarkując, dają upust swojej adrenalinie - odbierają nagrodę. Tak triumfują nad swoją zdobyczą... Dla takich chwil właśnie to robimy.

 

Zabieramy psy od dzika.

 

Ciszę przerywa Monika:
- no chłopaki kawał dzika, ale akcja! chce ktoś snickersa?
Śmiejemy się, najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło, psy całe. Wszyscy zadowoleni, przychodzą myśliwi z linii, bo już odtrąbili koniec pędzenia. Wyciągamy kabana na drogę i jedziemy na pokot. Druga grupa myśliwych już jest, dziki już rozłożyli na pokocie. Naganiacze rozładowują dziki z naszej grupy.
Szukamy Witka. Patrzymy stoi jakiś zniesmaczony, wkurzony. Myślę sobie co się stało, bo wynik polowania z jego grupy też konkretny. Witek jest wkurzony, bo dwa psy wracając z miotu usłyszały na wiosce wystrzały z petard i pobiegły gdzieś w ich stronę. Jego syn nadal jeździ po lesie i szuka psów.
Witek mówi, że po pokocie jedzie ich szukać dalej. No tak, nigdy nie może być zbyt pięknie. Cała radość nam od razu mija. Co się stało z psami, mogły wpaść pod auto, mógł ktoś je ukraść, a może leżą gdzieś ranne i czekają na pomoc. Uczestniczymy w pokocie. Na pokocie ułożono coś około dwudziestu paru dzików - dziś już nie pamiętam, wtedy myślami byłem przy psach, które się zgubiły. Myśliwi dziękują nam za pracę psów, wspominają to co się wydarzyło. Po pokocie jemy szybko  posiłek i jedziemy szukać psów. Pomimo, że chcą nam pomóc, Sylwka z Moniką, Darka i Patryka prosimy,  żeby jechali. Mają przed sobą kilka godzin jazdy. Oczywiście odmawiają i jadą szukać  z nami. Nagle prowadzący krzyczy, że wracający naganiacze widzieli jednego psa na wiosce. Witek bierze telefon, pyta się który to i prosi, żeby tylko nie próbowali go łapać, bo nie podejdzie, a wręcz będzie uciekał. Niektóre psy są nieufne i tak się zachowują. Witek wsiada w samochód i oddziałówką pruje przez las do wioski.
Dzwoni po ok. 15 minutach, że ma jednego psa. Kamień z serca, no ale jeszcze suczki trzeba poszukać. Każdy swoim autem objeżdża las. Nic nie ma. trąbimy, wołamy - nic.
Stoimy w lesie. Kilku myśliwych pomimo, że to Sylwester pomaga nam szukać psa. Jest już ciemno. Mówię do chłopaków, że psa już w lesie nie ma. Psy jak robi się ciemno szukają człowieka i idą w stronę domostw. Oni zostają w lesie i będą próbowali przywołać psa na strzał. Ja jadę na wioskę i pobliskie działki szukać suczki. Spotykam spacerowiczy z psami. Rozmawiam z każdym z nich, bo wiadomo, że psiarze na innego psa zwrócą uwagę. Jeden pan z wilczurem, mówi mi że widział kilka godzin temu takiego psa z pomarańczową obróżką jak przebiegał przez wioskę. Od tego jednak minęło już sporo czasu. Pies może być kilka kilometrów dalej. Choć zazwyczaj jak się zgubią to kręcą się w jednym rejonie. Zazwyczaj... ale przecież każdy przypadek jest inny. Jadę główną ulicą miedzy domami, z naprzeciwka jedzie auto, które zwalnia przed progiem zwalniającym.
Nagle w światłach tego samochodu wydaje mi się, że mignął mi pies przechodzący przez ulicę. Wyskakuję z auta, kucam i wołam: Gara! Gara! Jest, biegnie do mnie. Ucieszona ale wystraszona. Cieszę się nie mniej jak na własnego psa. Pakuję ją do auta, telefon do Witka i jadę do nich.

 

Składamy sobie wszyscy życzenia noworoczne i rozjeżdżamy się do domów. Wpadam do Poznania, patrzę na zegarek, jest 18. Muszę jeszcze wejść do kwiaciarni, bo moja żona ma urodziny 1 stycznia. W centrum miasta wchodzę do kwiaciarni, na szczęście była otwarta. Kilku klientów dziwnie na mnie spogląda. Patrzę na siebie w świetle sklepu. O cholera! nie dość, że w kaloszach, to jeszcze uwalonych od farby, ręce czarne jakbym własny grób nimi kopał i na dodatek z pod polara wystaje pochwa od kordelasa, bo w pośpiechu zapomniałem go wypiąć. Zbir pełną gębą. Wole nie wiedzieć chyba, co sobie o mnie pomyśleli. Wpadam do domu o 19. Żona już uszykowana na imprezę. Rzucam w przelocie, że wykapię się, przebiorę szybko i możemy iść. W odpowiedzi  słyszę tylko: no raczej...
A miałem się jeszcze zdrzemnąć... ale i tak bawiliśmy się do białego rana.
To pamiętne sylwestrowe polowanie podsumowuję słowami  mojego serdecznego przyjaciela Józefa Michalskiego, który polował z psami, hodował m.in. gończe polskie, a dziś poluje już ze Św. Hubertem. Miał on takie swoje powiedzenie: moja matka miała dwóch synów - jeden był normalny, a drugi został myśliwym.

 

 

Darz Bór

Dariusz Gorgoliński

 


Piękne początki

 

Jak to zwykle zaczęło się bardzo niewinnie. Paweł - kolega z koła zadzwonił wieczorem. Chciał się upewnić, czy jutro będę w domu, ponieważ wybierał się wczesnym rankiem na podchód pod Skrzyczne. Pomyślałem: „Jak to Paweł – pochodzi po lesie, naogląda się byków (plan odstrzału łań mieliśmy wykonany ), powybiera. Jak się trafi stary selekt na dobry strzał to…”. Wieczorem poukładałem sobie w myślach jutrzejszy dzień – pracy z psami miałem mnóstwo.

 

Rano po śniadaniu wysłałem dzieci do szkoły, oporządziłem gospodarstwo, w końcu wziąłem gończego alpejskiego i wybrałem się do lasu. Byłem godzinę drogi od domu, kiedy zadzwonił Paweł: „Mam postrzałka, pomożesz?”. Umówiliśmy się, że będę u niego za 30 minut. Gdy dojechałem na miejsce Paweł zaczął opowiadać: „ Strzelałem do byka ostro w górę na 100 m, kaliber 309.W. Po strzale chmara jeleni ruszyła na dół, ale ten „mój” jakoś dziwnie ledwo szedł, jakby chwiejnym krokiem”. Podłożyłem Zadrę na zestrzał, ale ta niepewnie podążała po świeżej farbie, odpuszczała trop. Jeleń jej nie interesował, ale nie dziwiło mnie to, w końcu układałem ją tylko na dzika. Poszedłem na oko po tropie. Po 800 m niespodziewanie ruszyłem byka, który uszedł szybko. Zarządziłem 2 godziny przerwy. Wróciłem do domu po starą specjalistkę od takich „spraw” – Gawrę (sukę gończego polskiego). Kolega Paweł musiał iść do pracy na drugą zmianę, więc poprosiłem Jacka leśniczego żeby podwiózł mnie w okolice ostatniej farby. Zapiąłem otok, po przejściu 1km weszliśmy z Gawrą w gęste młodniki. Suka zaczęła zachowywać się w charakterystyczny dla niej sposób – wiedziałem, że byk jest niedaleko. Odpiąłem otok. Po chwili dało się słyszeć głoszenie na dystansie 180 m w młodniku, za potokiem. Doszedłem na 50 m, zwierza nie widziałem. Gawra jak na zawołanie wycisnęła byka na otwarty, gruby, bukowy las. Z początku nie mogłem oddać strzału, ponieważ byk stał do mnie odwrócony zadem. Po chwili jednak obrócił się na tzw. kulawy sztych, ale nie było kulochwytu, a w dole było słychać pracujących pilarzy. Zbiegłem kilkadziesiąt metrów bukowym młodnikiem, po skałach w dół. Byk stał na stoku, z dobrym kulochwytem. Poczekałem jeszcze chwilę, aż zwierz się dobrze ustawi i strzeliłem. Jeleń przebiegł jeszcze kilkanaście metrów, po czym przewrócił się. Nagle zaczął staczać się w kierunku głębokiego jaru, w dnie którego płynął potok.  Gawra cały czas głosiła i nie odpuszczała, pędząc za jeleniem. Ja natomiast za nimi – raz na plecach, potem na boku, to znowu na brzuchu. Na samym dole, po 50 m wpadliśmy po pas do wody – byk, Gawra i na końcu ja. To cud, że w jednym kawałku… Gdy się już wygramoliłem  na duży kamień, spojrzałem na byka, Gawrę, a po chwili mój wzrok skierowałem na boki jaru, w którym wszyscy się znaleźliśmy. W jednym momencie oblał mnie zimny pot – otaczały nas pionowe ściany, obsypujące się łupkiem, o wysokości 50-60 m. Miałem do wyboru – albo ciągnąć byka ok. 1 km wzdłuż potoku albo poćwiartować go na kawałki i wynosić pojedynczo w górę potoku jakieś 400 m. Na szczęście był zasięg w telefonie. Zaraz skontaktowałem się z Jackiem, dobrze że był blisko i wspólnie zastanowiliśmy się jak rozwiązać sytuację. Pojechaliśmy do wsi i ciągnikiem wróciliśmy na miejsce po byka. Przymocowaliśmy linę do poroża i jak ze studni wyciągnęliśmy pionowo byka 50 m wzdłuż łupkowej ściany jaru.

 

Spojrzałem na zegarek – była 17:00. „I tak to jest wyjść z domu na chwilę z psem” – pomyślałem. Ale najważniejsze, że sztuka odnaleziona – byk ósmak, obustronnie widliczny w II klasie wieku. Pierwszy strzał przyjął na przedni badyl, na wysokości mostka. Ręce i plecy bolały mnie jeszcze przez parę dni, ale satysfakcja z dobrze wykonanej pracy została na całe życie. Nie ma lepszej lekcji dla psa jak dojście postrzałka – dla mnie jest to cenniejsze niż szesnastak na ścianie.

 

Edward Hałdysz

 


Mieszczuch w lesie

Moja przygoda z łowiectwem zaczęła się w 2009 roku. Po głębokim namyśle i przekonana do słuszności swojej decyzji, niespodziewanie dołączyłam do męża i zaprzyjaźnionej grupy podkładaczy psów.

 

Do dziś, z szerokim uśmiechem wspominam swoje pierwsze kroki i wrażenia, które mi zaserwował udział w pierwszym zbiorowym polowaniu! Ech! Ileż to opowieści o uciekającej na ogrodzenia Monice wtedy powstało! Do dziś nie potrafię skutecznie przekonać chłopaków z drużyny (umówmy się, że tak będę nazywać moich współtowarzyszy polowań), że to nie była ucieczka lecz próba sfotografowania  młodnika z wysokości i akcji w nim z dzikami! Szybkie, spontaniczne i zwinne wdrapanie się na grodzenie odebrano jako przejaw strachu! Ba! Po tej całej sytuacji, miot o którym mowa został nazwany„miotem Moniki”!

 

No cóż... tak z facetami bywa, jak już się czepią jednego, to nie ma zmiłuj, nie przetłumaczysz!

 

 

Chciałabym podzielić się swoimi wrażeniami, opowiedzieć historię zwykłego mieszczucha (czyli mnie), który zafascynowany pracą gończego polskiego postanowił w chłodne poranki zrywać się z łóżka, by bliżej przyjrzeć się tematowi.

 

Początek sezonu, jesienna aura, ubrana w pomarańczową kamizelkę i zaopatrzona w batony, czekam na bieg zdarzeń. Trzęsące się lekko nogi maskuję tupaniem i słowami „brrr, ale zimno”. Rozstawiamy się na szerokość miotu i czekamy, czekamy na sygnał „naganka naprzód”. Psy popiskują niecierpliwie, widać w ich zachowaniu pobudzenie, wietrzą i widzę jak łapią górny wiatr. Chłopaki z drużyny wymieniają się spojrzeniami, oni już wiedzą...

 

Poinstruowana o możliwych sytuacjach ze zwierzyną, o zagrożeniach i innych niespodziewanie pojawiających się zdarzeniach, ściskając w ręku aparat fotograficzny, którym miałam uwiecznić momenty zapierające dech w piersiach i jednocześnie przerażona swoją wczorajszą decyzją o słuszności tego czynu, stoję pośród innych samotna jak lizawka w lesie i słyszę swoje myśli: - co ci babo do łba strzeliło?! Po jaką cholerę pchasz się w ten straszny las?! Bear Grylls w spódnicy się znalazł! Czy masz pojęcie co robić, gdy nagle wataha dzików ruszy na ciebie? Co zrobisz, jak się zgubisz?! Nawet sama ognia nie rozniecisz!

 

Dźwięk sygnałówki wrócił moje myśli na właściwy tor, przecież nie pokażę chłopakom z drużyny, że pękam! O nie!

 

-Ruszamy!- usłyszałam.

-Naprzód! - padła komenda dla psów, gdy spuszczono je ze smyczy. Zniknęły momentalnie w gęstwinie.

 

Więc nie ma już odwrotu. Powiedziało się a, trzeba powiedzieć b. Ruszyłam przed siebie, jako amator w tej materii zostałam przydzielona do flankowego, bym nie musiała przedzierać się przez środek gęstego młodnika. Kobieta w nagance to nadal rzadkość, widziałam zdziwienie co niektórych, gdy rano pojawiłam się na zbiórce. Podejrzewam, że nie wierzyli w moje zawzięcie i zaserwowali mi wersję light. Nie chciałam być postrzegana jako „pani z miasta”, więc postanowiłam nie iść skrajem, lecz zagłębić się bardziej. Młode drzewka, dwumetrowej wysokości skutecznie utrudniały mi posuwanie się na przód, gdy tylko odsuwałam jedną gałązkę pojawiała się następna, która czasem jakby celowo z impetem strzelała w moją twarz. Zero widoczności, tylko iglasta zielona „mgła”. Nie wiedzieć czemu, czy z własnej niewiedzy czy przez bujną fantazję,  wciąż miałam wrażenie, że słyszę to z prawej, to z lewej szarżę dzika. Głowa obracała mi się jak u puchacza, tyle że z prędkością po stokroć większą. Dusza na ramieniu też jakby cięższa niż zwykle.

 

-Eeeejooop!- słychać nawoływania. -Eeejoop!

 

Po chwili słychać granie psów, dosyć daleko ode mnie, ale dokładnie rozpoznaję gon swojego psa wśród innych! Zatrzymuję się i czekam, nasłuchuję, serce mi wali jak oszalałe...

 

-Dziki!- słychać w oddali.

 

Na te słowa moje nogi zaczęły żyć własnym życiem,  nie czekając na resztę ciała pospiesznie ruszyły! Owszem ruszyły, tylko dokąd?! W przeciwnym kierunku! Ku flance! Wprost na grodzenie, które w momencie wyrosło z ziemi.

 

O matko! Spanikowałam?! No może trochę, ale chęć zdobycia zdjęć na miarę World Press Photo była tak silna, że pchnęła mnie na ten płot w pięć sekund. Wyciągnięcie aparatu z kieszeni okazało się trudniejsze niż zdobycie szczytu K2, po długich sekundach udało się wydobyć sprzęt foto i uchwycić, hmm...  jak się później okazało - pomarańczowe punkty na szaro-zielonym tle. O jakości zdjęcia, pozwólcie, nie wspomnę.

 

W międzyczasie słychać było strzały, z różnych stron, jak się później dowiedziałam w miejscach, w których pojawiały się dziki. Te odgłosy... różne- lasu,ludzkie, psie, wprowadziły mnie w taki stan umysłu, o jakim nie miałam wcześniej pojęcia i okazał się dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Mimo wszystko pozytywnym.

 

 -Eeejoop! - znów słychać było nagankę.

 

Czas zejść z płotu.

 

Ruszyłam dalej, wchodząc w rzadszy tym razem młodnik, nagle zorientowałam się, że linia naganki przesunęła się sporo do przodu, pozostawiając mnie na tyłach frontu! Co jakiś czas słychać strzały, pojedyncze ujadanie psów, gdy nagle do mych uszu dociera ostre ujadanie sfory i podniesione głosy  kolegów z drużyny:

 

- Dziki! Dziki na lewo!

 

Takiego obrotu sprawy się nie spodziewałam!

 

Na lewo? Jak to na lewo?! Ja jestem na lewo!!! Teraz to już granie psów słyszę na pięćdziesiąt metrów i wciąż się zbliżają. Boże, co robić?! Co robić!? Najlepiej wiać! Jeszcze nigdy w życiu nie pragnęłam tak bardzo ujrzeć przed sobą płotu lub innego ratującego me życie podestu, a najlepiej takiej jabłonki, jak ta u babci na wsi, na którą wraz z kuzynem jako dzieci wspinaliśmy się. Nie było jabłonki, nie było żadnego innego drzewa! Przez ułamek sekundy zastanawiałam się nawet ile będzie szwów i czy będzie bolało? Stałam jak wryta, rozglądając się na około i czekając na cud. I wiecie co? Wtedy właśnie on nastąpił i zaczął się ten pociąg do adrenaliny w czystej leśnej postaci. Dlaczego? Bo zdałam sobie sprawę, że te psy, które chwilę wcześniej naganiały na mnie zwierzynę, teraz zatrzymały ją chwilę w miejscu, bym ja z miękkimi kolanami mogła w tym prawie namacalnie uczestniczyć. To dzięki nim mogłam poczuć na własnej skórze co tak naprawdę czuje się na polowaniu, jak z bliska wygląda praca psów, a że dodatkowo były to gończe polskie, stan ten trwa do dziś.

 

Słychać sygnałówkę, koniec miotu. Tym razem 1:0 dla dzika.

 

Jednak to nie koniec, o nie! Przecież stoję wciąż na miękkich nóżkach, z otwartą na wpół buzią i wytrzeszczem oczu jak u pekińczyka. Dochodzą do mnie odgłosy nawoływań drużyny, szukają mnie. Teraz?! A gdzie byli, gdy potrzebowałam ratunku? Gdy szaleńcze myśli prawie pozbawiały mnie władzy w nogach, a tętno wskazywało na udział w sprincie. A no tak, zapomniałam, to nadal  polowanie.

 

Krew w końcu napłynęła mi do mózgu i mogłam ruszyć się z miejsca, więc powolnym lecz stanowczym krokiem podążałam przed siebie. Nie myślcie sobie, że ślepo poszłam w las, o nie, po co prowokować los? Przecież tam już czają się dziki i zacierają ręce w oczekiwaniu na spotkanie ze mną oko w oko. Przemyślałam szybko pokonaną trasę i stwierdziłam, że bliżej mam do początku miotu niż do wołającego mnie męża, bo niby dlaczego mam sama przechodzić przez kawał lasu, który moi kompani pokonali w kilku chłopa?!

 

Jak pomyślałam, tak uczyniłam. Nie zwracając uwagi na wołanie, wróciłam do punktu wyjścia i ... kolejny cud! Oto drogą zbliża się samochód, który rozwozi nagankę po lesie, ha! Jestem uratowana! Będę żyć! Szoferka otwiera się i widzę znajomą twarz kierowcy:

 

- Wsiada pani?

 

Dumna i blada dojeżdżam do punktu zbiórki, drużyna prawie w komplecie, tylko mnie jeszcze co rusz ktoś woła.  Zostałam zauważona (widzieć miny współtowarzyszy-bezcenne!), drużynę najwyraźniej uspokoił mój widok, bo zaczęli humorystycznie komentować moje zaginięcie, okazało się również, że próbowali przywołać mnie... gwizdkiem na psy. Śmialiśmy się z tego do rozpuku. Oczywiście pytali gdzie byłam, gdy psy zaczęły głosić zwierza, więc mówię, że weszłam wyżej, żeby zdjęcie, żeby lepsze, żeby dobrze było widać, nie dali skończyć, ech... przebić się przez ich rechot...

 

Czas na kolejny miot... ale o tym innym razem.

 

Monika Rokaszewicz

 


Dwa w jednym...

 

Tegoroczne rykowisko zapowiadało się  bardzo ciekawie.  Ruch jeleni w łowisku,- liczne widoczne przejścia chmar przez dukty i leśne piaszczyste drogi wskazywały na to, że za moment rozpoczną się długo oczekiwane jelenie gody.   

 

Jak zwykle w tym czasie, siadam na specjalnie przygotowanym , dobrze zamaskowanym stanowisku. Przed sobą mam ponad 200 hektarów szuwaru porośniętego gdzie niegdzie łozami i wikliną , wbitego pomiędzy niedostępny podmokły las olszynowy, a rzekę Wieprz. To tutaj najczęściej odbywa się jeleni koncert, myśliwski raj dla zmysłów,  radość dla oka i ucha, lekcja łowieckiej pokory, przepojona emocjami, które wywołują szybszy oddech i powodują mocniejsze bicie serca. Często w oddali lub całkiem blisko, widać potężne byki z rzadka porykujące, uważnie pilnujące swego haremu i młodsze – chłysty  , które to tęsknie zawodząc, cierpliwie i z zaangażowaniem  czekają na okazję, pokrycia jakiejś przygodnie odbitej łani.  Stanowisko o którym mowa, oprócz swoich zalet ma też wady, bowiem strzał do byka należy tu oddać bardzo precyzyjnie, komora nie wchodzi  w rachubę. Zwierz musi paść w ogniu, ze względu na trudności z  wydobyciem i transportem tuszy, w trudnym bagnistym często niedostępnym terenie.

 

 

Pierwszego w tym sezonie jelenia byka pozyskałem we wspomnianej  już wcześniej olszynie przylegającej do szuwaru. Biegnie tam trochę zaniedbany rów melioracyjny przy którym stoi kilka ambon. Właśnie  na jednej z nich zasiadłem w oczekiwaniu na jelenia byka. Przede mną niezbyt  gęsty, wysoki las olszowy, na wprost bez niższego pietra, z możliwością oddania skutecznego strzału na ok. 180m, ale im dalej tym widoczność gorsza. Z lewej strony kępy i gęstwina, a tuż za nią wspomniany dość szeroki , mocno zaniedbany rów melioracyjny, dalej kilka metrów wolnej przestrzeni i zwarta ściana boru mieszanego. 

  

 

Sztucer oparłem w kącie ambony czekając na rozwój łowieckiej sytuacji od czasu do czasu lustruję teren wokół ambony. Gdzieś na lesie słychać tęskne postękiwanie starego byka, ale to jeszcze nic specjalnego nie znaczy. Siedzę i słucham, pilnując starego przesmyku, którym łanie wyprowadzają chmary na pobliskie łąki, kuszące soczystym żerem. Minuty upływają leniwie, tylko jakiś pracowity dzięcioł tłucze zawzięcie dziobem w stary pień wyłuskując spod kory smakowite kąski. Jego odgłos głębokim echem  niesie równomierny stukot po kniei wprawiając  w spokojne błogie rozkojarzenie. To taki mój ambonowy odskok od codziennej rzeczywistości , ciągłej   gonitwy  splecionej z rytmicznym, stale rosnącym tempem życia, które w ten specyficzny sposób można chodź na trochę trochę  przyhamować. Las  wraz ze swymi odgłosami,  rześkim powietrzem pachnący świeżymi grzybami, mokrymi liśćmi i starą zmurszałą korą daje zupełnie inny wewnętrzny  nastrój. Specyficzny łagodny spokój przerywany na chwilę impulsem łowieckiego instynktu  by za moment znowu  wsłuchać się w odgłosy zmysłowego leśnego koncertu.

   

 

Po pewnym czasie słyszę w oddali trzask łamanej gałęzi, jest  sygnał, do wyostrzenia trochę już uśpionych zmysłów. Roztarłem rękami twarz, lornetka do oczu i czekam.  Ciemnozielona głębia zwieńczona kopułą poplątanych koron  zdaje się być wielką salą balową  wspartą strzelistymi ciemnymi kolumnami,  majestatycznie stojących drzew na której za chwile, mam nadzieje, rozegra się przedstawienie.  W końcu widzę - jest -  jeleń byk, idzie między drzewami, trochę skośnie w stronę rowu, odległość ok. 150 metrów. Przystaje,  czasami w ogóle go nie widać. Teraz widzę tylko wieniec.  Na jednej tyce korona, na drugiej widlica, a więc chyba..... tak teraz widzę wyraźnie  na pewno – selekt. Już wiem, to jest ten... więc szybka decyzja, będę strzelał . Nagle przepadł całkowicie, pewnie stoi za kępą i nasłuchuje.  Słyszę przez chwilę własny przyspieszony oddech, a za moment  jak inny, starszy byk chrypliwie porykuje, centralnie przede mną, gdzieś dalej w głębi olszyn. Jego tubalny niski ton budzi  szacunek i respekt wśród rywali, a wśród braci łowieckiej, dreszczyk emocji który i ja przez moment odczułem. Wpatruję go  daleko między drzewami,  ale nic nie widzę, żadnego charakterystycznego ruchu.

 

 

Lornetka z powrotem na zieloną  kępę zarośli, ale i tu cisza , nic  oprócz gęstej, ciemnej otchłani lasu. Byk zapewne stoi i wietrzy, nasłuchuje sprawdza  do koła teren..  Jestem spokojny o swoją pozycję, wiatr mam dobry . No co z nim ? Zapadł się pod ziemie czy  co ???  Przepadł z kretesem.... Cisza... nawet dzięcioł chwilowo zawiesił swoją robotę, jakby czekając na rozwój sytuacji ... Mimowolnie odkręciłem głowę w lewo na rów i ........ widzę......... jest........ stoi już za rowem, a raczej powoli idzie, schodząc do lasu – prawie go przegapiłem. Szybka decyzja krzyż na komorze przyspiesznik i ciągnę za spust, ale słyszę tylko suchy trzask zwolnionego  przyspiesznika, co jest ?.......no tak, oczywiście – naciągnąłem przyspiesznik, a nie odbezpieczyłam sztucera, szybko się poprawiam, próbuję ponownie uchwycić cel lecz byka już nie ma. Zniknął w leśnych ostępach. Robi mi się gorąco. ... i  cóż mogę  -   mogę tylko z powrotem zaciągnąć ten nieszczęsny bezpiecznik i uchylić kapelusza odchodzącemu zwierzowi. Sztucer mimowolnie opadł na kolana,.. Podobno takie rzeczy się zdążają. Teraz  jestem pewien , że na pewno się zdążają,  ale dlaczego mi i to właśnie w takiej chwili. Skórę przeszył, jakby opóźniony dreszcz emocji.  Zrezygnowany, spojrzałem z żalem jeszcze raz,  w miejsce gdzie przed chwila zniknął mój  jeleń i zamurowało mnie,  ....... widzę, jest drugi wychodzi z gęstwiny, wprost  do rowu dokładnie tą sama drogą co pierwszy. Św. Hubert  jednak do końca mnie nie opuścił. Teraz mam więcej czasu. Patrzę przez lornetkę i ponowne zaskoczenie.  Widzę, że to właśnie jest ten, którego wcześniej oglądałem w olszynie, a więc były dwa . Walcząc z przyspieszonym oddechem, bardzo powoli  podnoszę ponownie sztucer do góry, teraz zdecydowanym ruchem  zwalniam bezpiecznik, nie bawię się już z przyspiesznikiem,

Odległość ok. 130 m ,spokojnie mam czas, wciskam mocno kolbę w policzek. Byk wychodzi z rowu odkrywając okazałą połeć. Krzyż wędruje  na  komorę, powoli ściągam spust –huk wystrzału przeszył leśną ciszę i widzę jak mój byk robi rakietę zapadając w otchłani lasu. Po chwili  dochodzą mnie potężne  trzaski, odgłos łamanych gałęzi. Widzę byka sadzącego przez rów, z powrotem na olszynę. Tak. To ten pierwszy, wraca do ostoi. Drugiego nie widać, -słychać tylko jak, uchodzi w przeciwnym kierunku. Nie wraca z kolegą. Na pewno przyjął kulę,  a więc tropimy.

  

 

Gończa polska Raba popiskuje z podniecenia w samochodzie,  słyszała strzał i dobrze wie co ją czeka. Chcąc zyskać na czasie jadę autem przez rozpadliska , prawie pod samą ambonę. Dalej nie dam rady samochód ugrzęzł w torfowisku, ale i tak urwałem parę cennych minut zwłaszcza, że  zaczyna się  ściemniać. Nie szukam miejsca zestrzału,  od razu prowadzę psa na długim otoku w okolice przejścia jeleni. Idziemy wzdłuż rowu. Raba początkowo łapie trop byka uciekającego wprost do ostoi, ciągnie przez wodę w stronę wyjścia. Wracam ją stanowczą komendą „zostaw...”  idziemy dalej w lewo, tam prawdopodobnie przechodził drugi.

Słyszę pompuje nosem, charakterystycznie klapiąc przy tym faflami. Tu pewnie jest farba, ale nie mogę sprawdzić - coś się dzieje z włącznikiem mojej latarki. Raba szarpnęła otokiem i ciągnie  w las, ruszam za nią , trochę w „ciemno” i zarazem w zupełnej  ciemności, ale w takiej sytuacji psu trzeba zaufać, po prostu nie ma innego wyjścia. Gończa idzie pewnie, nie spiesznie, wręcz powoli, kufa wciągnięta do przodu ,  łapie zapach  półgórnym wiatrem, ale ciągle w myślach kołacze się ta niepewność, czy dobrze idziemy? Mam wreszcie światło, latarka zaczęła działać.  Widzę  farbę na liściach mijanych  krzewów około jednego metra nad ziemią... Emocje ściskają w piersi, ale wiem, że  jest dobrze, nie powinna zgubić tak sfarbowanego tropu. Nie powinna...    Suka robi lekki łuk w prawo. Ciągle potykam się o leżące na ziemi suche poplątane gałęzie drzew. Idziemy jeszcze kilkadziesiąt metrów. W pewnym momencie Raba pociągnęła mocniej, tak aż rzemienny otok wysunął się z  ręki. Chcąc go pochwycić skoczyłem do przodu, ale przewieszony przez ramiona sztucer zaczepił o jakąś pochyloną gałąź i straciłem równowagę waląc głową w pobliskie drzewo. Na szczęście nie groźnie. Pozbierałem się szybko i gonię wzrokiem uciekający otok. Kilka kolejnych susów i w  końcu go mam... jednak czuję..., że nie jest napięty,  tym samym w nos uderzył ostry zapach  leżącego  jelenia byka  – latarka znowu odmówiła posłuszeństwa. W zupełnej ciemności po omacku dotykam wieńca,  licząc odnogi na każdej tyce, dla potwierdzenia słuszności decyzji strzału. Jeszcze ostatni kęs, złom wędruje na obroże Raby, która warcząc szarpie byka, oblizuje farbę mamrocząc coś pod psia kufą.  Chwila zadumy, myśliwskiego wytchnienia i już mogę dzwonić  po ekipę „ściągającą” - trzeba wyciągnąć byka i samochód, który utknął w torfowisku przy ambonie.

Byk to dziesiątak nieregularny jednostronnie koronny ok. 7 lat  typowy selekt   tusza 167 kg. 

Pomimo komorowego trochę spóźnionego strzału jeleń poszedł ok. 200 metrów. Być może przy dobrej latarce byłby do odnalezienia po samej farbie - bez psa, ten przypadek nie był chyba beznadziejny, ale  to   żadna przyjemność błąkać się w nocy po ciemnym lesie z gęstym podszytem, zaglądając pod każdy krzak i rozłożystą paproć w poszukiwaniu tuszy.

Z psem to oczywiste... rzecz ma się całkiem inaczej. - po prostu myśliwski komfort,  nic dodać nic ująć, jednak wiem, że nie wszystkim kolegom trzeba o tym mówić. Kto raz spróbował polowania z psem ten  będzie polował z nim zawsze. Takie polowania  przynoszą podwójną radość i dużo więcej doznań w  myśliwskiej przygodzie.

 

Tomasz Marcinkowski

 


Polowanie zbiorowe z psami

     

I znów zakończony został kolejny sezon polowań zbiorowych. Pasjonaci „zbiorówek” już czują na plecach oddech nudy i z tęsknotą wracają do wspomnień, które niestety nie zawsze należą do tych z kategorii dobrych. Każdy myśliwy który kiedykolwiek brał udział w tego rodzaju polowaniach zdaje sobie sprawę że udział w nim to nie tylko zastrzyk pozytywnej adrenaliny ale też bardzo duże ryzyko i odpowiedzialność, odpowiedzialność za siebie, za współtowarzyszy, za Podkładaczy jak i również za ich psy. Aby uniknąć przykrych niespodzianek, chciałbym nakreślić kilka sugestii z zakresu bezpieczeństwa na polowaniu zbiorowym z udziałem podkładaczy, popartych moim doświadczeniem, pasją i szacunkiem do mojego psa.

 

Po pierwsze, zacznijmy tradycyjnie od początku – czyli od odprawy myśliwych na polowaniu zbiorowym. Nie bójmy się i nie wstydźmy zabierać głos informując o podstawowych zasadach bezpieczeństwa polowania z psami. Przedstawmy wszystkie psy, zademonstrujmy sposób ich oznakowania (opaski odblaskowe, kamizelki, etc.) a przede wszystkim poinformujmy myśliwych o zakazie strzelania do zwierzyny gdy psy są w zbyt bliskiej odległości oraz o braku możliwości dostrzeliwania postrzałków osaczonych przez psy; bez zgody Podkładacza. Aby zwiększyć bezpieczeństwo mojego psa, kilkakrotnie zdarzyło mi się na odprawie poinformować myśliwych biorących udział w polowaniu, o kosztach związanych z jego zakupem oraz wyszkoleniem, co niewątpliwie studzi trochę zapał niecierpliwych myśliwych, mających problem z trzymaniem nerwów na wodzy.

 

Kolejną sprawą, którą chciałbym poruszyć, są zasady przemieszczania się w trakcie polowania. Pamiętajmy aby psy każdorazowo były na otoku, w szczególności podczas transportu w przyczepie, podwozie (chodzi głównie o samce psów, gdyż zbyt duży ładunek adrenaliny towarzyszący takim polowaniom, może prowadzić do narastania konfliktów między nimi). Psy zostają spuszczone z otoku dopiero na jednoznaczny sygnał rozpoczęcia pędzenia. Po zakończeniu pędzenia, przywołujemy psa w rozpoznawalny i charakterystyczny dla niego sposób (gwizdek, przywołanie imienne, tutka itp.) i zapinamy go na otok. Pamiętajmy aby każdorazowo po zakończonym pędzeniu obejrzeć dokładnie psa – zwrócić uwagę czy nie kuleje, czy nie ma innych obrażeń (ran kłutych, ciętych) skupić się szczególnie na klatce piersiowej, słabiźnie oraz zadzie.

 

Kolejnym zagadnieniem na które należy zwrócić uwagę podczas polowania zbiorowego; jest patroszenie pozyskanej zwierzyny – i tu mój apel, pilnujmy aby psy nie były karmione i same nie pobierały patrochów, w szczególności ze zwierzyny czarnej (dzik), gdyż taka sytuacja mogłaby doprowadzić do zarażenia psa nieuleczalną i prowadzącą do agonii, chorobą Aujeszkiego (zwaną również wścieklizną rzekomą).

 

Każdorazowo wybierając się na polowanie zbiorowe, pamiętajmy aby zaopatrzyć się w podstawowe środki odkażające oraz opatrunkowe (co prawda jest to wymóg nałożony przez regulamin polowań ale, wiem z własnego doświadczenia, że lepiej o to zadbać we własnym zakresie). Z przydatnych elementów ekwipunku na pewno niezbędny będzie zapasowy komplet odzieży i obuwia dla Podkładacza i tak oczywiste rzeczy jak nóż czy termos z gorącą herbatą. 

 

Błędem byłoby nie wspomnieć o karmieniu, a w zasadzie o jego braku w dniu polowania. Pies najedzony jest ociężały a wówczas większy wysiłek może powodować wymioty,  skręt żołądka jak również powikłania przy ewentualnych obrażeniach jamy brzusznej. Po zakończeniu polowania zapewnijmy psu dostęp do wody oraz do karmy – pamiętając o zasadzie wyższości jakości jedzenia nad jego ilością. Niezbędna będzie duża zawartość białka do odbudowy tkanek oraz tłuszczu (najlepiej zwierzęcego) dla poprawy zasobów energetycznych. Dopełnieniem całościowej regeneracji psa jest niewątpliwie odpoczynek. Pamiętajmy aby nie forsować psa, polowaniami trwającymi dłużej niż trzy dni. Pies przemęczony ma słabszą motorykę oraz koncentrację, przez co narażony jest na kontuzje i zmniejsza się jego bezpieczeństwo w kontakcie ze zwierzyną.

 

Przytoczone przez mnie informacje można by było rozpatrywać wg różnych scenariuszy, gdyż każde  polowanie zbiorowe jest jedyne i niepowtarzalne, co nie znaczy że nie powinniśmy  trzymać się  podstawowych ram. 

 

Pamiętajmy bezpieczeństwo Nasze i Psa jest najważniejsze.

 

 

Darz Bór

Patrycjusz Wolny

 


Polowanie w Karpatach

Polowanie w Karpatach

 

        Od kilku lat, większą cześć swojego wolnego czasu spędzam na Wschodzie. Bywam na Kresach- na Białorusi, Ukrainie, zdarza mi się zapędzać na Krym, w Karpaty i na Polesie. W zeszłym roku poczułem potrzebę odizolowania się na jakiś czas w kompletnej głuszy. Zabrałem psa i przez parę dni wędrowałem po Gorganach. Dobrze jest spędzić jakiś czas, sam z sobą w puszczy, można z dystansem spojrzeć na „pościg codzienności”, na nowo odkryć Majestat Boży przejawiający się w dziewiczej przyrodzie. Mój pies Dino miał wtedy rok. Ponieważ dopiero nabieram doświadczenia w prowadzeniu psów, popełniłem w układaniu go wiele błędów. Od szczeniaka biegał luzem w lesie, podobnie było wtedy w górach. Dzisiaj ciężko jest nauczyć go respektowania saren, ale nie wydaje mi się to w sposób jednoznaczny całkowitym błędem- pies ma niesamowitą kondycję i długi gon, co w polskich (współczesnych) realiach jest czymś złym, jednak na Wschodzie okazało się zaletą, o czym miałem się dopiero przekonać.

 

 

        Oprócz biegania po lesie luzem całymi kilometrami biegał za samochodem, pływał w rzece, był i jest cały czas w ruchu. Zresztą uwielbiam obserwować go w ruchu, jest lekki, szczupły i zwinny, w biegu przypomina charta, zdecydowanie takie psy najbardziej mi się podobają.

Po kilku dniach wędrówki z kompasem, maczetą i ciężkim plecakiem, dotarłem do Rafajłowej- dawnej polskiej wsi o bogatej i burzliwej historii. Znałem to miejsce wcześniej z moich pobytów u zaprzyjaźnionego księdza w Nadwórnej. Wyczerpany fizycznie, ale zadowolony, odpoczywałem tam dwa dni poznając kilka osób. Po powrocie do domu, zauroczony wyprawą, postanowiłem tam szybko wrócić. Za miesiąc wybrałem się tam drugi raz, tym razem z żoną i oczywiście z psem. Parę dni spędziliśmy znów w górach, częściowo spaliśmy u Oli, która później okazała się moją tłumaczką w rozmowiach z Włodimirem. Włodimira poznałem całkiem przypadkowo. Zobaczył mnie stojąc na moście, jak szedłem wzdłuż rzeki z Dinem. Bezceremonialnie zapytał, czy pies jest na sprzedaż i że on chętnie kupi tą „roboczą sabakę”.

Facet wydawał mi się trochę dziwny i egzotyczny, miał ciemną karnację i był niski. Zresztą było blisko do granicy z Rumunią, a Huculi są bardzo zróżnicowani. Nabrałem do niego zaufania po chwili rozmowy, kiedy zobaczyłem jak patrzy na psa- tak patrzą dobrzy ludzie. Wyjaśniłem mu, że to mój pies i nie jest na sprzedaż. On nie dawał za wygraną i zapytał, czy nie przywiozę mu takiego z Polski. Starałem się wybrnąć z sytuacji, mówiąc że ciężko będzie go przewieźć przez granicę i że taki pies jest drogi. W końcu ustąpiłem i powiedziałem, że zobaczę co się da zrobić. On ze swojej strony zaprosił mnie na polowanie w listopadzie. Miałem przyjechać do niego w okolice Worochty w Czarnohorze. Pomyślałem, że w życiu nie ma żadnych przypadków i że perspektywa polowania w tym miejscu jest interesująca. Dobrze by było, przeżyć polowanie z Hucułami.

W Polsce układałem psa pod okiem Edka Hałdysza, dzięki jego doświadczeniu i radom udało mi się okiełznać nadpobudliwy temperament Dina. Dzięki Edkowi zacząłem też chodzić na zbiorówki. Od Edka trafił do mnie wreszcie Laufer GP, który w listopadzie pojechał ze mną do Włodimira.

Zajechaliśmy do niego późnym wieczorem. Miałem trochę obaw, bo w końcu nie znałem człowieka, któremu za chwilę przekażę psa. Ceremonia przekazania odbyła się pod sklepem. Włodimir z żoną podjechali wozem konnym. Był koniak, sporo osób, w tym jedna leżąca na ziemi, po której skakał zadowolony Dino. Gość leżący na ziemi również był szczęśliwy.

Do poczucia pełnego surrealizmu brakowało mi wzroku mojej żony, która trzymała w ręce plastikowy kubek i wpatrywała mi się w oczy, wiedziałem co chciała mi wtedy powiedzieć. Po przekazaniu psa wróciliśmy do Oli. Za dwa dni, już sam, pojechałem do Włodimira. On i jego rodzina mieszkają w pięknym, tradycyjnym, góralskim domu z widokiem na pasmo Kostrzycy. Żyją tak jak żyli zawsze, ciężko pracują, modlą się, zachowują swoje zwyczaje. Włodimir pracuje koniem w lesie. Życie jest tam trudne i surowe. Jedyna nowoczesność to wszechobecne telefony komórkowe i telewizory.

 

 

        Na polowaniu było nas sześciu. Polowaliśmy od rana do wieczora. Tego dnia na pokocie były dwa lisy strzelone spod Dina. Nie znałem tych ludzi wcześniej, ale przyjęli mnie serdecznie. Iwan był najstarszy,  rozumiał polską mowę, bo jak powiedział, za Polski jego rodzice chodzili do polskiej szkoły. Polowanie było mniej nerwowe, niż te które znałem z kraju. Chodziliśmy dłużej i wolniej. Ci ludzie umieli czytać las, co potwierdziło się podczas moich późniejszych obserwacji. Dużo myśleli, obstawiali przesmyki i ustalali strategie działania. Podczas posiłku złożonego z samych swojskich produktów i samogonki rozpaliliśmy ognisko. Nikomu nigdzie się nie spieszyło. Wokół nas rozpościerał się bezkres Czarnohory. Bohaterem dnia był Dino, laufer był jeszcze niedoświadczony i za młody. Był też jeszcze jeden pies- jak oni mawiali gończa ruska, którego praca nie zrobiła na mnie jednak wrażenia. Polowaliśmy jeszcze następnego dnia- bez efektów. Gospodarze czuli się z tego powodu trochę zawstydzeni, za żadne skarby nie chcieli uwierzyć, że mnie na tym kompletnie nie zależy i że cieszę się tym, że mogę z nimi być w tak pięknym miejscu, że dla mnie strzelanie jest tylko zwieńczeniem polowania, że mnie chodzi o to, żeby polować, ale nie koniecznie  muszę upolować. Cóż, rozumiem ich, dla nich polowanie to pasja, ale też jedzenie. Bardziej jak kodeksem prawnym posługują się kodeksem moralnym. Polowanie poza sezonem uważają za grzech. Jeżeli inni wchodzą na nasz teren, strzela się ostrzegawczo ponad ścianą lasu- sam byłem świadkiem takiego zdarzenia.

 

 

        Około 6 stycznia zostałem zaproszony po raz drugi wraz z żoną na kilkudniowe polowanie. Był to okres Bożego Narodzenia. Kiedy zapytałem o Laufra okazało się, że zadusił już sarnę, regularnie poluje, a notowania Włodimira we wsi wzrosły- bo przecież ma taką sabakę i w dodatku ma papiery, które zresztą wszystkim pokazywał. Odnośnie psa, miałem dla niego trochę wskazówek, które przekazał Edek. Jednak tam życie rządzi się swoimi prawami, Laufer pomimo swojego młodego wieku regularnie chodził z myśliwymi na ochotę. Włodimir cierpliwie tropił z nim zwierzynę- widać było, że pies trafił w bardzo dobre ręce, co mnie ucieszyło.

 

 

        Spędziliśmy tam sześć czy siedem dni, z czego cztery dni polowania. Miałem okazję uczestniczyć z nimi w Święta, obserwując ich życie i zwyczaje. Duże wrażenie zrobiły na mnie stroje męskie do jazdy konnej, kilkunastu mężczyzn w żupanach śpiewających kolędy i tańczących jakiś pierwotny taniec. Mieliśmy okazje jeść ich potrawy, odwiedzać sąsiadów. Przemieszczaliśmy się głównie saniami. Mam wielki sentyment do takiego świata i takich ludzi.

 

 

        Pamiętam moja rozmowę sprzed paru lat z Iwanem, znajomym Hucułem, któremu starałem się powiedzieć, że dni jego świata są policzone. Mówiłem mu, że jak Zachód, na który tak czekają do nich przyjdzie, to wtedy ich kultura, wiara, folklor zaczną umierać. Mówiłem mu, że przestaną życzliwie odnosić się do siebie samych, zaczną zarabiać pieniądze, za które będą kupowali cudowne przedmioty, za którymi tak tęsknią. Te przedmioty będą oszczędzały ich czas i trud. A gdy będą mieli ich już dużo, to zorientują się nagle, że mają wszystko poza właśnie czasem dla samych siebie. Iwan wtedy zaprzeczył. Powiedział, że to dotyczy wszystkich, ale nie Hucułów, którzy są sobą, pomimo tego, że tu była już Polska, Austria, Sowieci, a teraz jest Ukraina. Powiedział, że przeżyją również Zachód. Jednak po tych paru latach, było widać już zmiany. Odwiedziłem swoją znajomą Baśkę, która parę lat mieszka z wyboru w Czarnohorze, bo jak twierdzi uciekła przed Unią Europejską do świata, w którym decyduje o samej sobie. Potwierdziła moje obawy. Miała takie samo odczucie. Tak czy inaczej, obserwowałem, a raczej uczestniczyłem w czymś, co pewnie przeminie, zgniecione  przez jedynie słuszną, liberalną cywilizację, do której czuje awersje i niechęć. Myślę, że to jest częściowa odpowiedź na pytanie dlaczego jeżdżę na Wschód.

Dlatego, że są we mnie dwa światy: świat Zachodu- poukładany i praworządny i świat Wschodu- dziki, chaotyczny, niepoukładany i duchowy. Nie wypieram tej części swojej natury, jest ona we mnie uświadomiona- ona leczy mnie z potencjalnych kompleksów i sprawia, że dumny jestem z tego, że jestem Polakiem.  Ma to związek z tym, że chciałem mieć polskiego psa,może zabrzmi to dziwnie, ale z takim psem mogę najlepiej się dogadać. Jego temperament nie jest mi obcy. Pasujemy do siebie, on rozumie mnie, a ja jego- jesteśmy podobni. Jest w nas dużo irracjonalności i brawury. Wiem, że to tylko zwykły pies, ale w powiedzeniu, że pies upodabnia się do pana jest chyba sporo racji. Mógłbym jeszcze o tym wiele napisać.

Polowania wyglądały tak jak poprzednio. Właściwie dla mnie było to jedno, wielkie polowanie. Powolutku zacząłem się orientować w ich sposobie myślenia. Było bardzo dużo śniegu- po pas. Przez pierwsze dwa dni, jedyne co widzieliśmy, to tropy zająca. Dwa dni tylko o tym była mowa. Dziwiłem się ile czasu, energii i kilometrów zrobiliśmy, żeby go upolować. Mieliśmy spać wysoko na połoninie, w chacie letniej, jednej z sąsiadek Włodimira.

Jednak schodziliśmy wieczorem do doliny. Raczyliśmy się szaszłykami z jagnięcia i innymi specjałami lokalnej kuchni. Następne dni polowaliśmy po przeciwległej stronie doliny. Wieczorami droga do domu zajmowała wiele czasu. Tereny przepiękne, olbrzymie przestrzenie. Zadziwiała mnie kondycja tych ludzi, niektórzy mieli już swoje lata. Ubrani byli często w swetry i w to w czym chodzili na co dzień. Stara ruska broń bez optyki. Mój Dino z anteną na szyi wyglądał groteskowo. Z kamizelki dla niego i siebie zrezygnowałem już na poprzednim wyjeździe. Oprócz Laufra i Dina była też ruska gończa, inna niż poprzednio. Łaciaty pies na długich nogach. Chodził bardzo daleko i długo głosił. Na początku myślałem, że po prostu uciekł, tak jak to często zdarzało się mojemu Dinowi w Polsce. Odwołałem Dina, zapiąłem na smycz i pomyślałem , że to już koniec miotu. Jednak tak naprawdę polowanie się nie skończyło, ale dopiero zaczęło. Pies był bardzo daleko, myśliwi na sygnał Iwana przestawiali linię, o ile tak to można było nazwać, raczej obstawiali coraz to inne przesmyki. Było nas może dziewięciu. Najważniejszy był pies i jego gon mniej dźwięczny niż GP, ale wyraźny i mocny. Psa raz słyszeliśmy dobrze, raz gorzej, czasami w ogóle. Szedł za zającem i trwało to dobre pół godziny. W tym czasie wszyscy czekali w napięciu. Głos psa odbijał się echem po całej dolinie. W końcu padł strzał, potem drugi. Laufer po farbie doszedł zająca i zadusił. Wieczorem jedliśmy gulasz z zająca i sarny rozmawiając do nocy przy samogonce. Właściciel psa był z niego dumny. Zorientowałem się, że tam pies dobry to taki, który długo, z pasją i daleko goni. Wtedy zrozumiałem chyba lepiej, na czym tak naprawdę polega polowanie z psem gończym. Następnego dnia, o dziwo, widzieliśmy ślady jeleni, udało się upolować sarnę. Oczywiście została wieczorem skonsumowana. Gościliśmy tego wieczora u Koli. Kola to dwudziestotrzyletni chłopak, który parę miesięcy latem spędza ze stadem w górach. 

Miał imponującego psa pasterskiego. Mówili, że jest to ‘pies wołoski’- bardzo duży i agresywny. Pogonił Dina, Kola się wystraszył. Wszyscy mówili mi, że jeszcze trochę i wróciłbym bez psa. Huculi boją się psów. Byłem nieraz zdziwiony, jak ludzie widząc mnie z Dinem, omijali nas szerokim łukiem. Pomimo moich zapewnień, że nie ‘konsajetsa’, oni i tak byli ostrożni. To dlatego, że na połoninach jest dużo groźnych psów strzegących stad. Te psy nie są od parady. Największym niebezpieczeństwem w Karpatach są właśnie te psy- jeśli wędrujemy oczywiście ze swoim własnym psem. To był mój ostatni wieczór w Czarnohorze. Miałem jeszcze okazję oglądać, jak wygląda kolędowanie, słuchać śpiewu, gry na skrzypcach. Oczywiście obiecałem sobie, że tam wrócę. Dzisiaj wiem, że chcąc tam polować, muszę się jeszcze dużo nauczyć i pewnie będę z biegiem czasu coraz więcej rozumiał.

 

        Cieszę się, że mogłem się trochę cofnąć w czasie i polować z gończym polskim w podobny sposób, jak polowali nasi pradziadowie. Robiłem to nawet na ich historycznych terenach. Będę musiał rozwiązać jeszcze parę problemów i dylematów odnośnie prowadzenia psa, a raczej dwóch, bo kupiłem jeszcze jednego. Czeka mnie rozwiązanie w jakiś sposób konfliktu -polowanie w Polsce, a na Ukrainie. W Polsce pies ucieka, na Wschodzie prawidłowo poluje. Nie wiem jak uda mi się to pogodzić, ale będę próbował.

 

        Moje przemyślenia i wnioski być może jeszcze mało precyzyjne, to z braku doświadczenia, skłaniają mnie do jednego wniosku: gończy polski to część polskiego dziedzictwa narodowego i tak powinno się traktować tego psa. Tak myślałem wtedy, kiedy postanowiłem go mieć, tym bardziej tak myślę teraz. Do wielu wniosków doszedłem po rozmowach z Edkiem- on pomógł mi zrozumieć wiele spraw dotyczących psów. Czytałem kiedyś artykuł o chartach rosyjskich i o jednej z hodowli, gdzie selekcjonuje się, układa i żywi psy tak, jak to robiono zawsze. Ludzie, którzy to robią, nie mają kompleksów i posiadają głęboką świadomość tego, czym chart rosyjski jest dla Rosji i kultury rosyjskiej. Życzyłbym sobie, żeby w Polsce było takie podejście i do wspaniałych chartów polskich- żeby nie były atrapami psów, tylko żeby znów można by z nimi polować, jak i do gończych polskich. Dobrze, że istnieje Stowarzyszenie Miłośników Gończego Polskiego. To jest jedyne stowarzyszenie i organizacja, do której się zapisałem w życiu, a mam już 42 lata. Wierze, że tego typu inicjatywy chronią i zachowują nasze dziedzictwo. 

 

Piotr Jelonkiewicz