Opowiadania

Opowieść Diany, czyli...

 

Opowieści Diany, czyli mój pierwszy raz i trochę o sekretach małżeńskich.

 

Nareszcie. Jestem myśliwym, mam swoje koło, ambona stoi, a mnie rozpiera duma, uczucie niesamowite warte milion dolarów. No i oczywiście wieczorem polowanie, moje pierwsze i indywidualne. Żeby tylko nie dać plamy bo chłopaki w kole mieli by ubaw, a jak się uda coś upolować to dopiero będą mi gratulować. Teraz trzeba tylko zachować zimną krew, spokój i koncentracja. Pierwszy wpis do książki, pierwszy więc najważniejszy. Myśliwi na pewno zwrócą uwagę i będą komentować - Diana ruszyła na łowy... Jako jedyna i pierwsza Diana w historii koła czułam na sobie piętno i ciężar tego historycznego dla mnie wydarzenia.

Na łowisko pojechałam z mężem, który jest również myśliwym z trochę dłuższym stażem. On również ruszył na łowy. No to młoda radz sobie sama, darz bór-powiedział- i pojechał w swoją stronę. Było ciemno, pomimo tego, że las znałam jak własną kieszeń poczułam niepokój. Zostałam sama w lesie, tylko ja moja kniejówka i zwierzyna ,która czai się gdzieś w krzakach. Przez ułamek sekundy sama poczułam sie jak biedne małe zwierzątko. STOP ! Przecież jak sie czai  w krzakach, to tylko sobie wymarzyć. Przecież jestem Myśliwym, ruszyłam na łowy, marzyłam o tej chwili. Rozejrzałam się w koło. Ruszyłam znaną mi ścieżką. Znam tu każdy kamień, a ambona stoi 200 metrów dalej. Księżyc wchodził w pełnie. Mam idealne warunki. Wdrapałam się na ambonę i załadowałam broń. Nastawiałam się na grubego zwierza, więc od razu kula i breneka poszła w komory. Cicho, ciemno, głucho, acha i jeszcze zimno. Pierwsza godzina spokój, druga godzina nic. Gdzie te moje dziki które zawsze  buchtowały mi pod amboną kiedy siadałam tu jeszcze bez broni. Normalnie zakpiły ze mnie. Siedzę dalej, nie mogę przecież wrócić na pusto, choć bym miała tu siedzieć do rana. Siedzę cichutko jak myszka nawet nie drgnę. ...wataszko gdzie ty dzisiaj zawędrowałaś? 

Nagle cos zaszeleściło, trzasnęła gałązka nnnooo nareszcie ukarz się zwierzu, a będziesz mój. W myślach obstawiam, że to pojedynek. Serce wali mało nie wyskoczy biorę lornetkę i wypatruję. Wyszedł, ale nie przypominał dzika. Wypatruję dokładnie cooo too może być... Chodzi sobie koło ambony w lewo, w prawo mała kulka chyba puszysta. To musi być borsuk.Obserwuje i myślę, czy ja tego borsuka to mam w odstrzale? Noooo jasne, że mam. Cel zlokalizowany, zidentyfikowany, namierzony. Serce wali, nie mogę uspokoić oddechu, nabieram pełne płuca i wstrzymuję oddech. Oddaję strzał. Kula kaliber 7,57R. Dostał ,ale jeszcze sie rusza, musze poprawić, bo mi czmychnie... ,o  cholera przecież załadowałam brenekę .W sekundzie zamiana na śrut i poprawka. Leży, uczucie niesamowite. Duma mnie rozpiera, aż kurtka zrobiła sie za ciasna. No to teraz  telefon do męża i zaczną sie gratulacje: 'Kochanie możesz skończyć polowanie strzeliłam borsuka, czy możesz po mnie przyjechać?'. 'Łoł' -usłyszałam w słuchawce.

Pamiętam doskonale opowieści starych Nemrodów jak to postrzelony zwierz ostatkiem sił rzuca się na myśliwego. Schodzę powoli z ambony i czekam na obstawę zanim podejdę. Mąż zjawił się w sekundzie: 'Gdzie borsuk?'. Ja ostentacyjnie z dumą wskazuję palcem gdzie zaległ mój zwierz. Podchodzi,ogląda i słyszę nagle: 'Diana podejdz tu na chwilę'. Znałam doskonale ten ton głosu wiedziałam, że zaraz zacznie ze mnie drwić. Pewnie dlatego, że strzelałam kulą pomyślałam. Niestety było jeszcze gorzej. Przy ambonie leżał jenot. No cóż strzelić jenota, to nie wstyd i to jeszcze na pierwszym  polowaniu. Tak jak myślałam, wieści o moim jenocie rozeszły się z prędkością błyskawicy, koledzy myśliwi  mi gratulowali. Jednak 'borsuk' został naszą małżeńską tajemnicą ;-) .

Patrząc z perspektywy czasu na to moje pierwsze polowanie było ono dla mnie swoista lekcją pokory. Nauczyło mnie to zasady, że Myśliwy na polowaniu zachowuje umiar i opanowanie. Nie dopuszcza, aby pasja łowiecka przerodziła się w zachłanność, czy chęć zaimponowania kolegom. Powstrzymuję się dzisiaj od strzału w warunkach wątpliwych, bo bezpieczeństwo przede wszystkim, a cel w 100% musi być rozpoznany. Takich bezpiecznych polowań życzę wszystkim kolegom Myśliwym.

 

Darz Bór 

Beata Gawłowska

 


Dlaczego gończy polski?

 

Moja przygoda z gończym polskim zaczęła się wiele lat temu, w latach 90-tych XX wieku. Pewnego dnia, spędzając wakacje w ośrodku jeździeckim w Zbrosławicach, jedna z koleżanek zaczęła mi opowiadać o sympatycznej pani, którą regularnie spotykała na psich spacerach, gdzieś w Katowicach. Owa pani miała na imię Ewa i była właścicielką pięknego myśliwskiego psa. I tu popłynęła pełna 'achów' i 'ochów' opowieść o pierwszym, poznanym za pośrednictwem koleżanki, gończaku. 'Średni, o krótkiej sierści, ślicznych długich uszach, i brązowych kropkach nad oczami. A najbardziej niesamowite ma spojrzenie: ciemne migdałowe oczy rozmiękczają każde serce'. Słuchałam i coraz bardziej mnie temat gończego intrygował. Zaczęłam szukać informacji, pytać, spotykać się z hodowcami. Doszłam do wniosku, że trafiłam na swoją wymarzoną rasę.            

 

 

 

Pierwszym gończym polskim, którego poznałam 'na żywo' była Pasja 'Cnotliwy Nos', matka szczeniąt z hodowli 'Z Wójtowej Wsi'. Wrażenie było piorunujące: wszystko, co słyszałam i przeczytałam o gończych zawarte było w tym jednym psie. Elegancja, inteligencja, pewna nieufność. Postanowiłam, że jak najszybciej muszę stać się właścicielką gończego polskiego. Niestety, były to czasy, w których hodowli było niewiele, a w ciągu roku rodziło się zaledwie kilka miotów gończaków. Pasja była dopiero co po wydaniu szczeniąt, a najbliższe terminy odbioru maluchów w innych hodowlach wymagały kilku miesięcy oczekiwania. Zdecydowałam się na szczeniaka z hodowli Wojtka Machaja. W sierpniu 1995 roku stałam się szczęśliwą właścicielką Hajstry 'Cnotliwy Nos'.

 

 

 

Niestety Hajstrą nie cieszyłam się za długo. Odeszła 1,5 roku później. Po tygodniu rozpaczania wiedziałam, że jak najszybciej muszę mieć kolejnego psa, oczywiście gończaka. Pocztą pantoflową dowiedziałam się, że być może do odsprzedania będzie Hajda, siostra-bliźniaczka Hajstry, już wtedy utytułowana suczka. Udało się. Hajda trafiła do mnie i była ze mną przez kolejnych kilkanaście lat. To właśnie ona była podstawą hodowli 'Hulaj Dusza' i to jej geny nosi wiele współczesnych gończych. Pierwszym jej kawalerem był Gwar-Falko 'Z Tatrzańskich Lasów', kolejnym Aron 'Rumcajsowe Obejście'. W sumie urodziła ponad 40 szczeniaków w czterech miotach. Ale największy sentyment został z pierwszym miotem 'T'. To z nim wiąże się najwięcej anegdot. Do tej pory z właścicielami Falka łączy nas wielka przyjaźń, a nawet niemalże więzy rodzinne.

 

 

Maja Ingarden

lekarz weterynarii

hodowla 'Hulaj Dusza'

http://vetpogodzinach.blogspot.com/

http://therios.pl